Strona Główna Forum Portalu Uzależnienia
Kochaj, a bedziesz kochany

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  Chat  DownloadDownload

Poprzedni temat «» Następny temat
" PICIORYSY "
Autor Wiadomość
bezio67 
moderator


Pomógł: 99 razy
Wiek: 46
Dołączył: 10 Lut 2008
Posty: 2766
Skąd: Śląsk
  Wysłany: Pią 24 Lip, 2009 17:25   " PICIORYSY "

Mam na imię Marek, jestem alkoholikiem. Urodziłem się w rodzinie robotniczej. Mama uciekła do Babci od Ojca, gdy miałem jeden rok, ponieważ Ojciec pił, awanturował się włącznie z moim udziałem. Jak się później dowiedziałem od Mamy.
Dzieciństwo wspominam jako zabawy na podwórku, samotność, beztroskość i zdarzenia, które do dzisiaj mi tkwią w pamięci. Nie pamiętam czy wtedy już pojawiał się alkohol w domu, ale przypuszczam, że tak.

Rok 1975 a 1976 już dokładnie pamiętam, że był w codziennym użytku. Mama poznała Ryśka. W tym okresie pierwszy raz sięgnąłem po alkohol. Z kolegą Arturem po szkole. przyszliśmy do mojego domu i napiliśmy się wina domowej roboty. Skutki były opłakane. Wymiotowałem, nie wiem po co poszedłem do pracy Mamy, gdzie usnąłem na terenie zakładu. Wróciłem do domu, nic nie mówiąc. Jeszcze kręciło mi się w głowie. Nie spodobało mi się to picie.

W 1982r. wyjechałem do szkoły w innym mieście. Do skończenia II klasy nie tknąłem alkoholu. Jadąc na wakacje do domu, ze starszymi kolegami, w pociągu piłem jakieś wino. Parę łyków dla towarzystwa i spałem.
Na wakacjach w domu już popijałem wódkę. Chociaż wstydząc się, nie potrafiłem powiedzieć nie. Wypiłem parę kieliszków i uciekałem na spacery.

W 1984 we wrześniu, po przyjeździe do szkoły nie miałem, ani ochoty, ani kontaktu z alkoholem. Do II semestru. Zacząłem prowadzić dyskoteki szkolne i w internacie. Parę szklanek wina, dodawało mi odwagi, śmiałości, pewności siebie. Włączono mnie w szeregi znanej organizacji młodzieżowej. Wybierając na przewodniczącego. Z powodu wyjazdów, zlotów, konferencji, zebrań, by nie być innym zacząłem sięgać coraz częściej po alkohol.

W wakacje 1985 grupą pojechaliśmy w moje strony pod namioty. To był odlot. Piliśmy trzy tygodnie. W tym czasie przeprowadziliśmy się z namiotów do domku letniskowego, który załatwiłem. Dostałem pały od milicjanta za pływanie w nocy w stanie upojenia alkoholowego. Wtedy pierwszy raz urwał mi się film. Rano nic nie pamiętałem, koledzy się śmieli a mnie plecy bolały.

W sierpniu 1985 poszedłem do pracy. Alkohol nie istniał.

1986 dałem się namówić na wkupne do oddziału. Zrobiłem imprezę u kolegi Andrzeja w domu. Wódki było dużo. Spaliśmy w ubraniach. W pracy ledwo stałem na nogach. Dałem sobie spokój z alkoholem.

Od 1988 patrzyłem inaczej na alkohol. Znowu dodawał pewności siebie. Byłem duszą towarzystwa. Zacząłem od nowa prowadzić dyskoteki oraz radiowęzeł. Było to picie wytrawnych win dla kurażu. Przy imprezach co trzy, cztery tygodnie.

W 1990 Zmieniłem stanowisko w pracy. Alkohol poszedł w zapomnienie. Wynająłem mieszkanie.

W 1992 ożeniłem się. Ślub był skromny. Piłem z umiarem. Wszystkiego musiałem dopilnować.

1993 na świat przyszła Córka. Pilem dwa dni, a potem obowiązki i praca.

1994 Dostałem mieszkanie. Remontowałem sam. Przy remoncie popijałem piwo.

Od 1994 do 1997 musiało płynąć monotonnie. nie pamiętam zbyt tego okresu. W pracy awansowałem robiąc kursy. Doszedłem do ściany dalej już nie było gdzie awansować. Jeździliśmy do znajomych w wolne weekendy. Piłem piwo, robiliśmy grilla. Upijałem się w czasie tych spotkań. Możliwie na tyle, żeby wrócić do domu.

1997 Nastąpiły problemy finansowe. Pojechaliśmy do mojego rodzinnego domu. Piłem wódkę w ilościach wystarczających by się upić, lecz dawki się zwiększały nawet pół litra w czasie jednego spotkania rodzinnego. oczywiście dla mnie. Po powrocie zacząłem chodzić na piwo po pracy. Różnie czasami trzy, czasami jedno.

1998. Byliśmy na weselu u brata do byłej. Nie chciałem jechać. Budżet wyraźnie się rozpadał. Rosły długi. Pojechałem. Piłem na umór trzy dni. Nic nie pamiętam.

1999 wyraźnie skłaniał się ku mojemu upadkowi. Chodziłem na piwo przed, po pracy. Na piwo wychodziłem także wieczorami, wracając późno, pijany. Rozpadał się związek, była wystąpiła o alimenty.

33 rok mojego życia. W lutym Córka wyjechała na ferie do Babci i nie wróciła. W pracy dostawałem ostrzeżenia. Piłem wódkę samotnie w domu, drinki łatwiej przechodziły przez gardło. prawie litr na dzień plus parę piw. Próbowałem popełnić samobójstwo. Była się wyprowadziła. Przebywałem więcej na L-4 niż w pracy z powodu picia a raczej chlania. W listopadzie dano mi szansę bym się sam zwolnił. Rok 2000 się skończył.

2001 w styczniu zachorowałem na "Różę" Piłem dalej. W lutym umarła Mama. Znowu atak na chlanie. Nie wiem ile, ale z dwa, trzy razy dochodziłem do siebie żeby chociaż stać na nogach. We wrześniu zostałem eksmitowany. Miałem to gdzieś. Piłem. Zamieszkałem u kolegi.

2002 w styczniu zamieszkałem u innego kolegi. Zacząłem pić wynalazki i piwo. Od kwietnia spałem na klatkach, altanach, byle gdzie aby się trochę przespać i znowu do baru. Chodziłem brudny, śmierdzący. Jadłem zupy wydawane przy kościołach. Zwracano mi uwagi. Nic nie docierało.
We wrześniu złamałem nogę. Zdałem sobie sprawę, że sam sobie nie poradzę. Zgłosiłem się do MOPS-u o pomoc. Zamieszkałem w Domu noclegowym. Odżyłem. Zacząłem dbać o siebie w miarę możliwości, by się pokazać wśród ludzi. Piłem dalej piwo, tylko w mniejszych ilościach. Bardziej rano i do południa. Potem brałem na przeczekanie, żeby wejść do noclegowni.

Kwiecień 2003 Po tygodniowym maratonie, została mi cofnięta decyzja o przyznaniu noclegowni. Dano mi do zrozumienia, że tylko podjęcie leczenia zostanie mi przywrócona.
Zgłosiłem się do poradni na terapię dzienną. Moim zamiarem było zdobyć jakiś papierek, żeby znowu mieć gdzie spać. Nie chciałem wracać do byle gdzie. Zdałem sobie sprawę, że noclegownia to początek mojej drogi do zbudowania nowego życia. W pierwszych dniach myślałem o piciu i jak tu ich oszukać. W sobotę popiję a w niedzielę się podleczę. I będzie dobrze, a popołudniem jakieś piwko.
Tylko powstał jeden problem. Ja zacząłem słuchać, uczyć się rozjaśnił mi się umysł. Przecież ja o tym myślałem, chciałem tak robić, chciałem być trzeźwy. nie raz siedziałem na szklanką piwa i myśli nienazwane, nieokreślone mi chodziły po głowie. Tylko nie wiedziałem jak to zrobić. W myślach dawno przyznałem się do bezsilności wobec alkoholu, nieświadomie.
Na terapii ukazano mi co alkohol potrafi wyczyniać z uczuciami i myślami. Dano wskazówki jak radzić sobie, by nie sięgnąć po pierwszy kieliszek. Tamto życie nie było dla mnie.
Bardzo dziękuje wszystkim, którzy przyczynili się i przyczynią do przywrócenia i odbudowania mojej tożsamości i miejsca w tym świecie. Teraz nie pijąc, wiem jak żyć i jak będę żył. Jeszcze raz dziękuje.
A co do przyszłości to " dziś nie piję"
_________________
Wprowadzając zmiany zawsze zaczynaj od siebie.
Nieważne co Cię w życiu spotka-ważne jak to przyjmujesz i co z tym robisz.
 
 
 
ela_102 
przyjaciel forum
Po prostu CHCIEJ



Pomogła: 71 razy
Dołączyła: 25 Paź 2008
Posty: 1302
Skąd: z Elbląga
Wysłany: Nie 26 Lip, 2009 16:28   

Moja historia :-) piciorys alkoholiczki

Mam na imię ela jestem niepijącą alkoholiczką obecnie w wieku 46 lat. Moim wyuczonym i wykonowywanym przez 20 lat zawodem był Technik elektoradiologi. Przygotowało mnie do niego dwuletnie pomaturalne Studium Medyczne posiadające swoją siedzibę w Gdańsku.

Wychowywałam się w domu w którym picie alkoholu, pomimo, wysokich funkcji społecznych moich rodziców, było na porządku dziennym. Tata był dyrektorem Mleczarni, a mama nauczycielką i pedagogiem w szkołach średnich. Często zmienialiśmy miejsce zamieszkania. Dziś wiem, że wiązało się to piciem mojego taty. Szkołę Podstawową robiłam więc w trzech różnych miastach - Ostrołęce, Żurominie i Kwidzynie. Z tego ostatniego rodzice nie wyjechali już nigdzie dalej. Tata nie żyje od lat 7-miu. Mama żyje, nie pije i ma się dobrze jak na życie które wiodła. Mam dwóch braci.
Średni bardzo wcześnie zaczął pić, na długo zanim trafił do Liceum. Między nami jest tylko rok różnicy, tak więc w pewnym momencie zaczęliśmy mieć wspólnych znajomych. Pierwszy raz wypilam alkohol z nim i jego kolegami, za ich wyraźną namową, w wieku 18 -19 lat. Wcześniej uważałam, że picie jest czymś złym i nie dla mnie. Tak samo zresztą myślałam o narkotykach, ale do nich nigdy i nikomu nie dałam się namówić. Wypiłam wówczas spirytus mieszany z Ratafią, dość sporo w krótkich odstępach. Ta inicjacja alkoholowa nie była dla mnie niczym przyjemnym. Miałam wszystkie możliwe objawy upojenia. Zaburzenia neurologiczne - podwójne widzenie, wirowania świata, niestabilność postawy - wymioty i kilkudniowe objawy zatrucia. Odchorowałam to bardzo i podjęłam postanowienie - Nigdy więcej!
Moje życie towarzyskie zaczęło się jednak rozwijać, poznawałam sporo nowych osób i często umawialiśmy się na sobotnie imprezowanie.
Starałam się jednak, nauczona doświadczeniem pić mniej, aby tak bardzo nie chorować. Nie zawsze udawało się, więc czasami robilam nawet kilku - tygodniowe przerwy.
W czasie nauki w Gdańsku, też były liczne okazje do picia. Wydawało się, że nie ma wokół mnie osób, które nie piją. Piłam więc z nimi, bo czułam przynależność do grupy. W tygodniu nauka i praca, a w weekend wypoczynek najczęściej przy alkoholu. W sobotę picie, w niedzielę dochodzenie do siebie i tak prawie na okragło przez rok. Towarzystwo się rozrastało. Poznałam swojego przyszłego męża i szybko zaszłam w ciążę. Miałam więc powód aby styl życia zamienić na bardziej porządany. Ślub, skończenie szkoły, praca, wychowywanie dziecka bardzo skutecznie odciągnęło mnie od picia. Nawet gdy się zdarzyło - imieniny, urodziny, święta, wesela - nie widziałam w tym już żadnej frajdy. Obawiałam się, że pijąc zaniedbam swoje obowiązki jako matka, żona, pracownica. Zawsze bowiem po wypiciu czułam się fatalnie kilka dni i ciężko było mi się zmobilizować do normalnego życia. W tym czasie też psuło się moje małżeństwo, pojawiały się inne kobiety, przemoc i ciagła flustracja. Wszystko było na mojej głowie. Praca, dom, dziecko. Pomimo, że mój mąż nie zarabiał źle, ja pracowałam na 1.5 etatu i jeszcze szukałam dotakowych zajęć. W pracy zawsze się realizowałam, wykonywałam ją bardzo dobrze, byłam chwalona przez szefów. Dawało mi to ogromną satysfakcję. Nieoczekiwanie zaszłam w drugą ciążę, a mąż przyjął to z wielką dezaprobatą. Wprost nie chciał tego dziecka. To byl dla mnie ogromny szok. Nie wyobrażałam sobie wykonać aborcji, więc odeszłam. Moje życie od tego momentu stało się bardzo trudne. Bez mieszkania (wcześniej mieszkalismy na stancji), bez mebli, bez potrzebnych sprzętów AGD (pralka, lodówka) zostałam sama z dwójką dzieci.

Znalazło się jednak wokół mnie wówczas bardzo dużo chętnych do pomocy ludzi. Zamieszkałam w hotelu robotniczym, urodziłam córeczkę która okazała się z czasem być dzieckiem specjalnej troski (Mózgowe Porażenie Dziecięce) i dla jej zdrowia zrezygnowałam z pracy zawodowej, pozostając jednak na urlopie wychowaczym. To byl dobry czas, dla samotnych matek, zwłaszcza chorych dzieci. Miałam spory komfort nie pracowania. Oddałam się całkowiecie rehabilitacji córki z nadzieją, że stanie kiedyś na własnych nogach i będzie chodzić. Moi rodzice włączyli się też do pomocy. To byl bardzo dobry okres w moim życiu, pomimo, bycia samotną mamą. Nie było czasu ani chęci na picie. Były kursy, nauka metody NDT, wyjazdy na turnusy rehabilitacyjne, hipoterapie letnie, było wychowywanie i dbanie o syna.

Po 5 latach zaczęło się zmieniać. Hotel w którym mieszkałam przejęli prywaciarze i żądali kosmicznych opłat, nikt nie chciał dotować takich cen. Wyprowadzilam się do przyjaciół na stancję. Czując coraz większe zagrożenie finasowe i porażkę z powodu córki, która skończyła pięć lat i nadal nie chodziła, pomimo ogromu pracy jaki włożyłam w jej rehabilitację. Byłam załamana teraźniejszością i przerażona przyszłością. Wtedy pierwszy raz w życiu przyjaciel poczęstował mnie grzanym piwem, na rozluźnienie i pocieszył, że będzie mi pomagał jak tylko będzie mógł i tak długo jak będzie mógł. Przyjaźnimy się do dzisiaj, jest mi jak brat. Tamto wypite piwo dało mi rzeczywiście nazapomniane uczucie ulgi. Znikł strach i uczucie porażki, a na drugi dzień nie miałam kaca. Pomyślałam, że picie wyłącznie piwa, pozbawi mnie wcześniejszych przykrych objawów i że moim błędem było nie tyle picie, ile picie mocnych alkoholi. Miałam wówczas 33 lata.

Przez rok mieszkałam u przyjaciół, zajmowałam się domem, ich najmłodszym dzieckiem, babcią i psem. Gotowałam dla wszystkich. Poczulam się jak w rodzinie, było nam wszystkim razem ze sobą dobrze. W międzyczasie załatwiałam mieszkanie z Urzędu Miasta. W nagrodę piliśmy sobie wekendowo piwko, jeździlismy też na imprezy do innych. Organizowalismy ogniska z gitarą i śpiewem . Już od wtedy, dość często zdarzało mi się upić do nieprzytomności, narozrabiać, uprzykrzyć innym imprezę. Nie rozumiałam w sobie tych zachowań, przepraszałam i było mi odpuszczane do następnego razu. Wyraźnie traciłam kontrolę nad własnym zachowaniem po wypiciu, ale ponieważ nie byłam w tym odosobniona, zaczynałam usprawiedliwiać siebie sama, trudnym życiem, stresem, przeciążeniem.

Dostałam mieszkanie. Byłam pewna, że teraz wszystko wróci do normy, bo w końcu mam gdzie osiąść na stałe. Mam swój skrawek podłogi.
Wróciłam do pracy. Córka uczęszczała do zerówki w przedszkolu specjalnym, dla dzieci z dysfunkcją narządu ruchu. Urządzałam się na swoim.
W soboty i niedziele czułam się jednak samotna. Popijałam sobie więc piwo, aby zasnąć spokojnie. Poznałam też mężczyznę który też bardzo lubił piwo i pomimo, iż czułam, że to facet nie dla mnie zamieszkaliśmy razem. Piwo piliśmy w weekendy, a w tygodniu pracowaliśmy. Jemu jednak coraz częściej zdarzało się pić w dni powszednie, przychodzić pijanemu z pracy i zachowywać się agresywnie. Postanowiłam mu pomóc zauważając u niego problem i stawiając ostre warunki. Wszył Esperal, który jednak zapił po kilku tygodniach. Ja z kolei doświadczyłam ogromnego uczucia ulgi i dobrodziejstwa płynącego z "Klina" namówiona przez pewnych współbiesiadników, po ostrej wódkowej imprezie. Byłam pewna , że otoworzyły się przede mną wrota nieba. Uznałam się, za kompletną idiotkę, że nie klinowałam wcześniej. Tyle wycierpiałam będąc na kacu, a lekarstwo było tak blisko i tak skuteczne. Zaczęłam też z moim partnerem popijać codziennie. Piwo w dni powszednie. Wódka w piątek , sobotę, niedzielę. Bardzo szybko staczałam się, oszukając się, że nic złego się nie dzieje. Coraz więcej picia, coraz wiecej kłótni. Syn wyprowadził się do dziadków. Ja odizolowałam się od przyjaciół i znajomych, zresztą od dłuższego czasu potrzebowałam ich tylko do pożyczania pieniędzy.

Kłopoty w pracy w końcu rezygnacja z niej, tłumaczona koniecznością większego zaopiekowania się córką, która uczęszczała już do nieitegracyjengo Gimnazjum. Miałam taką możliwość, która nie pozbawiała mnie pieniędzy, zresztą praca w Służbie Zdrowia po reformie nie była więcej płatna, niż świadczenie pilęgnacyje, na które właśnie się udawałam. Pogoniłam też partnera w nim doptarując się powodu swojego pecha w ogóle nie dostrzegajac go w alkoholu.

Przestałam płacić kredyty wcześniej zaciągniete na cele konsumpcyjne. Nic się nie zmieniło na lepsze. Nadal piłam w dodatku bardziej obsesyjnie.
Pomagali mi w tym sąsiedzi. Jedna prowadzała córkę do szkoły i donosiła alkohol, druga ze mną piła, pożyczała pieniążki gdy się skończyły, potem ja jej. Szatażowałam Mamę, która w tym czasie wiodła żywot podobny do mojego - po śmierci Taty - aby przysyłała mi pieniądze, bo inaczej się powieszę. W końcu organizm powiedział dość, wypijany alkohol przechodził przezeń jak czysta woda, nie dawał żadnej ulgi. Nie miałam siły chodzić, nie moglam spać, chciałam umrzeć. I wtedy zaczęłam się modlić. Nic wiecej nie przychodziło mi do glowy, po to aby zagłuszyć własne obsesyjne myśli.

Przyjaciele domyślali się, że jest u mnie źle, ale nie przypuszczali, że aż tak. Przyjechali, zobaczyli, obiecali pomóc. Zobaczyłam światełko w tunelu. Przestałam pić. Pierwsze trzy dni bez alkoholu, po blisko dwuletnim ciągu to takie doświadczenie które na stałe odstrasza od picia. Marzeniem było zasnąć na 10 minut. Nie słyszć leciutkich pukań w ścianę które wydawały się hukami armatnimi, mieć siłę iść do W-C i przestać się bać choć na kilka minut.

Po trzech dniach byłam już w Ośrodku Odwykowym na diagnozie, gdzie umówili mnie moi znajomi. Okazało się, że jestem alkoholiczką i naprawdę ta wiadomość mnie i zaskoczyła i ucieszyła. Wiedziałam co robić dalej.

Miałam sporo szczęścia, przeżyłam. Moja forma fizyczna wracała po mału do formy. Szczęśliwie nie miałam padaczki ani delirium. Nie byłam odtruwana na detoskie, uważałam wówczas to za największy wstyd, tak samo jak pójscie do AA. Uznałam, że terpia zamknięta z dala od miejsca zamieszkania będzie dla mnie właściwym sposobem uporania się z problemem. Chciałam się leczyć, ale nie wszystko dopuszczałam.
Przyjaciele "załatwili" mi kontakt z kierownikiem Ośrodka na Mazurach. Po pierwszej rozmowie telefonicznej jaką miałam wykonać sama, wyznaczono mi teramin przyjazdu na koniec maja. Miałam 9 dni na załatwienie zaniedbanych najpilniejszych spraw. Resztą i tak zajęli się inni, bardzo dobrzy ludzie. Córkę umieścili na turnusie rehabilitacyjnym, aby podgoniła zaniedbania, ubrali i byli przy niej pocieszając. Mieszkaniem,
psem i opłatami, zajęli się sąsiedzi. Długami i niespłacanymi kredytami miałam ambicję zająć się po powrocie. Zresztą na tamten czas byłam przekonana, że gdyby nie te wszystkie kłopoty, napewno nie piłabym tak dużo. Nie przyszło mi nawet do głowy, że te kłopoty to rezultat picia, to zrozumiałam znacznie później.

Na terapie jechałam pociągiem pożyczając pieniądze na bilet i już w drodze świtała mi myśl, że to jakaś pomyłka. Przecież nie piłam 12 dni i wcale mnie nie ciągnęło. Wierzyłam, że jak dojadę na miejsce tamtejsi biegli uznają, że w Elblągu się pomyli i puszczą mnie wolno zalecając np. leczenie depresji. Nic jednak takiego się nie stało. Wszystko się potwierdziło, a ja bardzo dużo w czasie terapi pojęłam. Zrozumiałam swoją bezsilność wobec alkoholu. Pojęłam mechanizmy jakie powodowały moje uzależnienie. Utożsamiłam się z problemem na stałe i zrozumiałam własne ograniczenia wynikające z choroby. Zmotywowałam się do trzeźwego życia rozumiejąc, że aby je osiągnąć muszę włożyć jeszcze dużo pracy w siebie . Przełamałam też swoją wcześniejszą niechęć do AA. Z radością odkryłam, że proponowany przez nich Program zdrowienia oparty na 12- krokach jest programem duchowym, a tę dziedzinę życia, przez okres picia zaniedbałam całkowicie. W terapi byłam więc pełne dwa lata. Po zrobieniu terapi wstępnej w trybie zamkniętym zglosiłam się do tutejszego Ośrodka Odwykowego korzystając z ich propozycji terapeutycznych. Zrobilam sesję "nawrotów", dowiadując się, jak żyć aby do nich nie dopuszczać. Ukończyłam też sesję "złości" ucząc się radzić sobie z nią w życiu codziennym tak aby nie rozkręcać agresji. Ukończyłam też terapię pogłebioną, jeżdząc już do innego miasta. Cały ten czas prowadziłam dzienniczek uczuć i głodu, robiąc comiesięczne bilanse i raz w tygodniu uczęszczałam na mityngi pracując na krokach, a nawet jeżdząc na warsztaty im poświęcone. Terapię ukończyłam po dwu latach, utrzymuję jednak kontakt z terapeutami w "razie czego", a na mityngi uczęszczam do dziś regularnie. Wszystko to razem dało niezwykły efekt. Nie piję 6 lat. Moje życie przebiega tak jak zawsze marzyłam. Mam odwagę być sobą. Moje relacje z najbliższymi ukladają się zdrowo. Córka jest studentką "filologi polskiej".Od dwu lat tworzę bardzo udany opraty na miłości i akceptacji związek z mężczyzną. Od roku jestem babcią. Dzięki tamtemu upadkowi zrobiłam porządki ze swoją psychiką, naprawilam duszę i mam doskonałą kondycję fizyczną. Wiem, że świat jest taki jaki jest. Jest w nim i zło i dobro i że jedyną osoba na która mam wpływ jestem ja sama. Jestem uczciwa i staram się być dobrym człowiekiem. Odkąd trzeźwieje nie spotyka mnie nic co nazwałabym nieszczęściem. Z pokorą przyjmuję co mi los niesie i nie zakłócam tego odbioru alkoholem. Panuję nad emocjami bo je wreszcie w sobie rozumiem. Na cały ten alkoholizm patrzę jak na błogosławieństwo, które pomogło mi w konsekwencji odzyskać siebie i stać się szczęśliwą, spełnioną kobietą.
 
 
jaras 
przyjaciel forum



Pomógł: 3 razy
Wiek: 45
Dołączył: 31 Sty 2007
Posty: 188
Skąd: Elbląg
Wysłany: Nie 11 Paź, 2009 16:33   

Piciorys - życiorys pijaka.

Na początku był chaos, chaos był dobry. Potem rozdzieliłem światłość od ciemności - i to mnie zgubiło...

Mam na imię Jarek, jestem alkoholikiem.

Piłem alkohol od kiedy pamiętam. Jak byłem małym chłopcem, rodzice podczas radosnych imprez podawali mi alkohol, by dodać gadżetu do uciechy. Gościom to imponowało, ...takie dziecko! ...a już potrafi... A i mi to pasowało. Byłem fajnie zakręcony i w centrum uwagi ;-) I tak mi zostało...

Ujrzałem sposób na życie. Moi rodzice żyli w takich, a nie innych warunkach. Wokół duża rotacja ludzi. Wciąż nowe twarze. Życie w strachu i przełamywanie się nawzajem. Alkohol służył do tego niczym czarodziejska różdżka. Wszyscy radośni i otwarci, a ja w centrum ;-)

Potem zauważyłem, że to rzeczywiście działa. Zacząłem trzymać się starszych ode mnie. Wkupowałem się załatwianym, dzięki kłamstwu, alkoholem, a wśród rówieśników i młodszych ode mnie byłem kimś ważnym ;-)

Potem sam wyruszyłem pomiędzy ludzi. Rozpoczęła się rotacja wokół mnie. Najpierw szkoła zawodowa. Chłopak, który zapowiadał się na kogoś porządnego, poszedł do budowlanki. Pierwsza własna decyzja. Przeciw rodzicom, nauczycielom, systemowi, a może, tak naprawdę, chodziło mi o piwo na budowie...

Zawodówkę omal nie przepiłem. Na pewno przepiłem zaufanie kilku ważnych i bliskich osób, kilku mniej ważnych i swoje...

Po raz pierwszy zaczynałem się bać siebie. Nie rodziców, szkoły i systemu ale zadziwiającej łatwości dokonywania poważnych błędów. Co ciekawe... pod wpływem alkoholu, który kojarzył mi się z ciepłotą ludzką, zaufaniem, wspólnotą...

Zaczynałem wyraźnie rozumieć, że czegoś w tym wszystkim nie rozumiem...

Być może dlatego tak łatwo było mi odejść z technikum i nie zdać do drugiej klasy. Zaczynała mi towarzyszyć porażka...

Kolejna przeprowadzka. Tym razem do naprawdę dużego miasta. Okna na świat. Kolejni nowi ludzie, zatrudnienie, dorosłość, traktowanie mnie równorzędnie, mimo, że się nie wkupiałem... Byłem, pod tym względem, równiacha ;-) Nie trzeba mnie było namawiać...

Pierwszy raz zobaczyłem, że ludzie mają mnie na uwadze, bo jestem...

Jednak nadal trenowałem swój, poznany za dzieciaka, sposób na życie. Już nie potrafiłem się ocknąć. Wróciłem do szkoły. Tym razem wieczorowej. Pracowałem, dziewczyna, kumple, wielki świat wokół, idea Rastafarianizmu, życia w zgodzie z Bogiem i naturą, odpowiedzialność za babcię i niepełnosprawną ciotkę... Wtedy poznałem zbawienny wpływ klina na życie...

Życie moje zostało uratowane... Przecież tylko dzięki alkoholowi potrafiłem to wszystko ogarnąć, a teraz jeszcze bardziej ;-)

Po roku dojechali rodzice... No i dopiero się zaczęło... Znienawidziłem ich za to, że ukazali mi tę prawdę, którą ukrywałem przed innymi. A inni pomagali mi ją ukryć przede mną samym... Staczałem się szybciutko... W pracy kręcili nade mną głową. Szkoła przepadła. Dziewczyna odeszła. W domu wojna. Koszmar. A na koniec, walka z trzmielami zagnieżdżonymi pod kołdrą...

Porażka. Prawdziwa porażka... A tak pięknie miało być...

Trafiłem do armii. Mówiono tam na mnie uśmiechnięty. Może dlatego, że już znałem cierpienie. Może dlatego że już wiedziałem czego się bać...

W armii przestałem się upijać. Żadnych wielodniówek. Jadłem i spałem spokojnie. Odzyskałem wiarę w siebie i w przyszłość. Przecież nie mogło jeszcze ze mną być tak źle...

Do cywila wychodziłem mając marzenia, plany, chęć do życia. Niedługo zmieniłem pracę. Miałem lepszą i większe pieniądze. Wszystko się układało pięknie - do pierwszej wypłaty...

Wtedy poznałem przyjacielską dłoń drugiego człowieka, bo sam nie byłem w stanie wlać w siebie alkohol... Kolejna porażka. Przepadły marzenia... Plany... Wolność... Potężny cios...

Postanowiłem więc zawalczyć o siebie. Coś przecież było w tym świecie... Dopiero co miałem się ok... Zacząłem polepszać sobie życie. Wywalili mnie z tej pracy, ale wygrałem na tym. Ówczesna kuroniówka i nieźle płatna praca, do tego lewizna... Wszystko było w zasięgu... I przepadło... Ktoś za mnie spłacił długi. Ktoś się zaopiekował, pomógł... Też przepadło...

Ja już przepadłem... Chodziłem po tym świecie i śmierdziałem...

Nic i nikt nie było w stanie wyrwać mnie z tego...

Tylko dlaczego nie umieram?... Starałem się, przynajmniej, nie być zbyt wielkim obciążeniem. Starałem się przynajmniej zarobić na to swoje pijaństwo. Starałem się by ludzie się do mnie nie przywiązywali, żebym nie ściągał ich za sobą w dół...

Po latach tułaczki trafiłem do takiej firmy, skansenu, w której tolerowano pijaństwo. Mogłem jeszcze trochę przeboleć to życie. Wróciłem do technikum... żeby mieć pretekst do wyjścia z domu, wciąż mieszkałem z rodzicami, a trochę po to by mieć coś w co się zaangażuje, co jeszcze mnie odciągnie od tego cholernego pijaństwa. Trułem się piwem, bo liczyłem, że to na tyle długo potrwa, że nie zdążę się upić. Nie potrafiłem jednak odmówić sobie gorzały. Chociaż wiedziałem, że za nią czeka na mnie, znowu, to samo szaleństwo. Piłem już coraz mniej, a upijałem się...

Nie miałem w sobie zgody na to... Przecież ja muszę wypić sześć piw, żeby czuć się dobrze ;-) Życie przerodziło mi się w ciągły kac i walkę z samopoczuciem.

Porażka, po prostu... totalna porażka... Czyżby Bóg coś spierdolił?

Po co wciąż żyje? Za co ciepię? Co jest grane?

Jeszcze mnie z tego skansenu wyrzucą... Co za hańba... Potem już tylko bezdomny pijanica będę... Dykta i kanały zajrzały mi głęboko w oczy...

W tych ostatnich latach poznałem człowieka, który zrobił coś zadziwiającego. Dla mnie nieosiągalnego. Nawet nie myślałem, że to można... Przerwał picie... Powiedział mi jak to się robi i skorzystałem z rady, żeby utrzymać się w pracy.

Postanowiłem zalegalizować swoje pijaństwo i zostać oficjalnie leczącym się alkoholikiem. Poszedłem na odwyk nauczyć się pić po ludzku, radząc sobie z problemami. Przecież tam są psychologii, to chociaż skorzystam... Kiedy wszedłem na sale terapeutyczną i zobaczyłem z kim będę przebywał. Pomyślałem że ci ludzie owszem... Dla nich jest szansa... Porządni, mądrzy i zaradni... Mieli motywację. Rodziny. Pracę. Porządne życie. A ja, taka sierota skończona, byłem tam tylko po to by mieć pieczątkę w książeczce. Żeby się moi szefowie odwalili ode mnie, jak się znowu spiję ;-)

Ale miałem pecha. Siedziałem obok człowieka, który opowiadając o sobie, mówił o mnie. Wszystko się absolutnie zgadzało... Tylko był dużo starszy... Spostrzegłem, że nie tak łatwo się umiera, nawet jak się wiele lat zdycha i zapił terapie...

Cholera! Mogę nie umrzeć. Będę się męczył...

To mi się w pale nie mieściło... Byłem przerażony... Popadłem w jakąś bezwolę i zacząłem słyszeć co do mnie mówią, na tej całej terapii. Że ja, choćby nie wiadomo jaki, skończony alkoholik, mogę nie pić... I to nie jakiś tam czas, aż szum w głowie i wokół ucichnie - tylko w ogóle nie pić!

Czyżby?

Na dodatek trafiłem na spotkanie Anonimowych Alkoholików... Siedziałem tam, taki porąbany alkoholik i siedzieli tam inni... Mówili o sobie, że też są alkoholikami... Ale byli spokojni, zrównoważeni i pewni siebie. Bardzo jasno się wyrażali. Przypomnieli mi, jakim człowiekiem zawsze chciałem być. Biło od nich coś, czego całe życie poszukiwałem. Co ciekawe... Powiedzieli mi, że też mogę taki być... Prędzej czy później, ale na pewno jeśli zostanę w AA...

No to zostałem ;-)
Od 19lipca2002r.
 
 
 
Porfirion 
przyjaciel forum


Wiek: 41
Dołączył: 08 Wrz 2007
Posty: 32
Wysłany: Sob 17 Paź, 2009 00:46   

Na imię mam Grzegorz. Pierwszy bliski kontakt z alkoholem miałem gdzieś pomiędzy 1982 a 1985 rokiem, czyli w wieku 9 – 12 lat (dokładnie nie pamiętam). Byłem w górach z rodzicami i przypadkiem znalazłem w szafie butelkę kolorowej wódki robionej przez mojego ojca. Wypiłem łyk i bardzo mi zasmakowało. Później kolejny i kolejny. Pierwszy raz nieźle się ululałem. To było w środku dnia i musiałem jeszcze coś robić w ogródku, pamiętam, że świeciło słońce, a mnie obraz świata coraz bardziej się rozmazywał, w końcu chyba wymknąłem się do domu i poszedłem spać. Wspomnienie tego doświadczenia było jednak dość przyjemne.
W 1986 roku wyjechałem z rodzicami na Węgry i tam odkryłem, że bardzo smakuje mi piwo. Nie upiłem się ani razu, ale picie bardzo mi się spodobało – z jednej strony czułem się chyba bardziej dorosły, ale z drugiej strony efekt, jaki dawało jedno, czy dwa piwa był warty grzechu.
W tym samym roku, chodziłem wówczas do 7 klasy podstawówki, zacząłem z kolegami próbować papierosów i jednocześnie popijać alkohol. O ile dobrze pamiętam, najczęściej była to wódka, choć zdarzało się też wino czy piwo. Piliśmy najczęściej w różnych kryjówkach, gdzieś na dworze czy jakiś resztkach zabudowań. W tym czasie już dość regularnie się upijałem, wydaje mi się, że średnio raz na dwa – trzy miesiące.
Pod koniec siódmej klasy, bardziej dla draki, niż z potrzeby, ukradłem ze sklepu butelkę wina. Poszło gładko, a do tego po fakcie mogłem się napić, stąd spróbowałem szczęścia po raz drugi i trzeci. Patrząc na to teraz muszę przyznać, że o ile za pierwszym razem kradzież mogła być gówniarskim wybrykiem, o tyle za drugim i trzecim razem robiłem to już w konkretnym celu – mogłem zupełnie za darmo się napić z kolegami. Za trzecim razem zostałem złapany i miałem bardzo poważne problemy w szkole i w domu. O ile jednak to doświadczenie zniechęciło mnie do kradzieży, o tyle nie zniechęciło mnie w najmniejszym stopniu do alkoholu i nadal od czasu do czasu popijałem z kolegami. Pamiętam, że już wtedy rzadko zdarzało mi się pić alkohol w małych ilościach, na smak czy dla towarzystwa – gdy już piłem, to żeby był efekt.
Z początkiem 1988 roku chyba po raz pierwszy na ślubie mojego brata zalałem się do nieprzytomności. Wcześniej, o ile dobrze pamiętam, zdarzały mi się już drobne przerwy w życiorysie, ale wówczas po prostu zalałem się na amen. Nie dość na tym, w obliczu całej mojej rodziny zachowywałem się niewłaściwie nawet jak na wesele, a trzeba podkreślić, że miałem wówczas ledwie 14 lat. Następnego ranka czułem się naprawdę paskudnie – nie tylko fizycznie, ale i psychicznie z powodu mętnych wspomnień i dwuznacznych docinków moich braci i rodziców. Dobrze jednak wiedziałem, co „prawdziwy mężczyzna” robi w takiej sytuacji i po raz pierwszy w życiu wypiłem klina. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, bo co prawda wiele wysiłku kosztowało mnie przełknięcie pierwszego kieliszka, ale później jak ręką odjął zniknęły zarówno dolegliwości fizyczne, jak i psychiczne. Od tamtej pory zwykle starałem się pamiętać, żeby przed ostrą popijawą zabezpieczyć sobie „lekarstwo” na rano.
W tym samym roku kolejne przykre konsekwencje mojego picia dają znać o sobie. Przed imprezą na zakończenie szkoły podstawowej popijamy z kolegami wódkę i do szkoły trafiamy już dość mocno pijani. Ze szkoły nas nie wywalają, jednak robi się z tego awantura i po świadectwo muszę przyjść z rodzicami. Co jednak ważne, tego dnia byłem chory i musiałem wrócić wcześniej do domu, więc wcześniej niż inni przestałem pić i po przyjściu do szkoły w ogóle już nie dotykałem alkoholu, za to dużo tańczyłem, a z powodu leków mocno się pociłem i do domu wróciłem nie dość, że wcześnie, to jeszcze rodzice nic po mnie nie poznali, wobec czego w szkole doszło do konsternacji, bo nauczyciele nie byli pewni, czy faktycznie byłem pijany, za to rodzice byli absolutnie pewni, że nie piłem. Opisuję to zdarzenie, bo w późniejszych latach bardzo często właśnie przez tego typu zbiegi okoliczności unikałem ponoszenia konsekwencji swojego picia.
Przez pierwsze trzy lata technikum piłem coraz częściej, praktycznie przy każdej okazji i jeśli nie zawsze, to w większości przypadków się upijałem. Określenie „przy każdej okazji” wymaga chyba sprostowania, bo wcale nie potrzebowałem jakiejś faktycznie specjalnej okazji – wystarczyło umówić się z kumplem na wódkę. W tym czasie zdarza mi się też podkradać wódkę ojcu i popijać w samotności, „na poprawę nastroju”, a ponieważ ojciec miał zwykle spory zapas alkoholu, toteż takie popijanie nie należało do rzadkości. Nie potrafię dokładnie powiedzieć, jak często piłem, ale wydaje mi się, że piłem w towarzystwie co najmniej dwa razy w miesiącu, później może nawet co tydzień i wówczas się upijałem, natomiast częstotliwości podpijania wódki ojcu zupełnie nie jestem w stanie nawet w przybliżeniu określić.
Przez te pierwsze trzy lata szkoły średniej dobieram sobie towarzystwo pod kątem moich zainteresowań, a oprócz wódki coraz bardziej mnie w tym czasie pociągał hazard. Również konsekwencje mojego postępowania w tym czasie stawały się coraz poważniejsze. Z powodu zaniedbywania nauki i wagarów mam problemy w szkole, które w drugiej klasie mało nie kończą się relegacją – praktycznie ratuje mnie wyłącznie znajomość mojego ojca i dyrektora szkoły. Moje stosunki z innymi też cierpią z powodu picia. Po jednej z popijaw matka mojego najlepszego wówczas przyjaciela zabrania mu się ze mną spotykać na jakiś czas. Z innym kolegą podczas wakacji w górach pijemy non stop przez tydzień – to był mój pierwszy ciąg alkoholowy, choć nie wiązał się jeszcze wtedy o ile dobrze pamiętam z jakimiś poważniejszymi negatywnymi przeżyciami. Po tym tygodniu stosunki z tym kolegą również ulegają ochłodzeniu. W klasie nie przyjaźnie się praktycznie z nikim. W końcu 25 maja 1991 roku na imprezie brakuje wódki, a ja jestem już na tyle pijany, że bez zastanowienia kradnę ojcu klucze do samochodu i jadę nim pijany i bez prawa jazdy z innym uczestnikiem imprezy do centrum Katowic po wódkę. W drodze powrotnej zaczyna ścigać nas policja. Po dłuższej ucieczce rozbijam samochód i trafiam na komendę.
Co prawda zapobiegliwość ojca po raz kolejny chroni mnie przed poważniejszymi konsekwencjami prawnymi (staję tylko przed kolegium, które wymierza mi karę minimalnej grzywny i 12 miesięcy zakazu prowadzenia pojazdów samochodowych), jednak w domu rodzice nie mogą na mnie patrzeć. Zresztą ja sam nie mogę na siebie patrzeć biorąc pod uwagę fakt, jaki prezent urządziłem mamie na Dzień Matki.
Od tamtej pory praktycznie zrywam kontakty z moim dotychczasowym towarzystwem, bardziej zajmuję się szkołą. Trwa to zaledwie końcówkę trzeciej klasy i parę pierwszych tygodni czwartej. Błyskawicznie bowiem w mojej własnej klasie odkryłem towarzystwo ludzi, z którymi świetnie się rozumiem i z którymi łączą mnie wspólne zamiłowania – wino, muzyka i śpiew, ale przede wszystkim wino. Znów zaczynam bardzo często chodzić na wagary, a na wagarach najczęściej pić tanie wina, nalewki itp. W tym czasie wyraźnie wzrosła moja tolerancja na alkohol. Kilka razy zdarza mi się wypić kilka win z rzędu bez szczególnego efektu.
19 czerwca 1992 – znowu jestem sam w domu rodziców w górach. Robimy ognisko ze znajomymi, podczas którego upijam się do nieprzytomności wódką kupioną od Rosjan. Dzień później na ciężkim kacu poznaję moją przyszłą żonę i tego samego wieczora piję już z nią i resztą znajomych. Moja narzeczona mieszka i uczy się w górach, więc ten związek w żaden sposób nie wpływa na zmniejszenie częstotliwości mojego picia, wręcz przeciwnie, bo dodatkowo w pełni usprawiedliwiony przed samym sobą piję z tęsknoty. Tak piję aż do końca technikum, niemal codziennie.
Zakończenie edukacji w szkole średniej znów przebiega w moim stylu. Ledwo zdaję ustny z historii. Przed ogłoszeniem wyników, przekonany że oblałem, zakładam się z kolegą, że jeśli zdam, to pokażę goły tyłek przed szkołą. Nie wziąłem pod uwagę, że w komisji był dyrektor szkoły, który był znajomym mojego ojca. Zdałem i uczciwie wywiązałem się z zakładu przed głównym wejściem do szkoły. Podciągając spodnie w oknie przy drzwiach zauważyłem zszokowane twarze mojej wychowawczyni i panie wicedyrektor. Do ustnego egzaminu z polskiego zostałem dopuszczony pod warunkiem, że przyjdę na egzamin z ojcem. Ważna sprawa – do ustanego z historii nie przygotowałem się, bo przez cały weekend uczyłem się z butelką w ręku.
Po zakończeniu szkoły średniej w rodzinie panuje przekonanie, że na studiach i tak nie mam szans biorąc pod uwagę, co wyprawiałem w technikum, więc rodzice w ogóle nie wtrącają się do mojej decyzji o wyborze szkoły. Zdaję egzaminy i dostaję się na swój wymarzony kierunek - filozofię. Moja przyszła żona mieszka w górach (gdzie od dzieciństwa jeździłem). Ja zostaję wzorowym studentem. W Katowicach prawie nie piję (a przynajmniej tego nie pamiętam), za to często jeżdżę w góry i tylko tam nadrabiam straty. Żona (wtedy dziewczyna) ma kilka razy pretensję, choć bardziej o to, że piję z kolegami, zamiast poświęcać czas jej. Tak czy tak rodzice i ja sam odzyskują we mnie wiarę. Pierwszy rok kończę z wynikami zapewniającymi stypendium naukowe, które utrzymuję praktycznie do końca studiów.
15 października 1994 r. – biorę ślub. Na weselu piję dość sporo, ale nie tracę przytomności i do samego rana trzymam się nieźle, za to dzień po weselu puszczają hamulce. Od rana piję z bratem i gośćmi, którzy przyjechali ze Śląska. Na poprawiny jadę już pijany i nieprzytomnego odwożą mnie do domu wczesnym wieczorem. Na co dzień jednak cały czas piję umiarkowanie. Zmienia się jednak ważna okoliczność – do ślubu większość weekendów spędzałem w górach z narzeczoną, a w ciągu tygodnia się uczyłem. Teraz sytuacja się zmienia, weekendy mam dla siebie, więc również w tygodniu mam więcej czasu. Zaczynam zatem spędzać więcej czasu z kolegami z uczelni. Oczywiście znów zaprzyjaźniam się z ludźmi, którzy mają podobne do moich upodobania. W tym względzie mam jednak trochę szczęścia, bo trzech największych pijusów na roku jest jednocześnie najlepszymi studentami. Żyje nam się doskonale, bo łączymy zamiłowanie do filozofii z zamiłowaniem do picia, dzięki czemu pomimo ostrego chlania utrzymujemy wysokie noty. Moje małżeństwo zaczyna szybko schodzić na dalszy plan.
6 maja 1996r. rodzi mi się córka. Zaraz po porodzie kupuję litr wódki i zamiast do rodziców jadę do brata, gdzie mam większe szanse na towarzystwo do ostrego picia. Zalewam się w trupa. Niemniej przez czas jakiś stanowczo więcej czasu poświęcam rodzinie, podejmuję też pracę, wobec czego przez jakiś rok piję dużo mniej, za to coraz więcej uczę się i pracuję. W 1997 roku zakładam z przyjacielem spółkę i z dużym powodzeniem rozwijamy ją przez parę miesięcy. Sukces jednak szybko uderza mi do głowy i gdzieś tak od połowy 97 roku zaczynam pić coraz więcej. W tym okresie miewam dziwne ataki duszności, szczególnie w czasie jazdy samochodem czy autobusem. Serce mi wali, brakuje mi oddechu, cały się pocę, gniecie mnie w klatce piersiowej – wrażenie jakbym miał zawał. Ważna sprawa – po kilku kieliszkach wszystko ustaje. Niezależnie od tego coraz więcej piję i coraz więcej spraw zawalam.
W połowie 1998 roku z powodu picia zaniedbuję zarówno uczelnię jak i rodzinę, pracę i własną firmę. W pracy dostaję pierwsze ostrzeżenia, że mam coś z tym zrobić. Kolega dziękuje mi za współpracę, ponieważ nie tylko coraz częściej jeżdżę pijany do klientów, ale w tym stanie wypełniam papiery firmowe, a ja odpowiadałem za księgowość. Pracę magisterską bronie dopiero w grudniu. Przed wejściem na salę musiałem wypić ćwiartkę, bo inaczej nie byłem w stanie wykrztusić słowa, ani zapalić papierosa. Od tamtego czasu zaczyna się już ostro z górki.
W lutym 1999 wyjeżdżam na targi do Poznania (to była delegacja z firmy, w której pracowałem). Do Poznania docieram, ale na targi już nie. 3 dni prawie nie wychodzę z hotelu i przepuszczam wszystkie pieniądze, łącznie z tymi, które miałem na hotel.
Po tym incydencie muszę kombinować jak rozliczyć pieniądze z wyjazdu i pierwszy raz fabrykuję fakturę zakupową. W pracy nigdy nikt tego nie sprawdzał – kupowałem sprzęt oprogramowanie, płaciłem za różne usługi praktycznie bez żadnej kontroli. Zatem i tym razem bez problemu wypłacają mi pieniądze z kasy. To był swego rodzaju „gwóźdź do trumny”. Do listopada 1999 kradnę w ten sposób i przepijam prawie 50 tysięcy.
Na przełomie maja i czerwca 1999 roku przeprowadzam się z żoną do nowego mieszkania. Z wyłudzanych na podstawie lewych faktur pieniędzy wynajmuję ludzi, którzy prawie wszystko robią za mnie, a ja z powodu przeprowadzki mam okazję, żeby wódkę kupować skrzynkami. Do listopada chleję non stop. W pracy nieraz jestem tak pijany, że zasypiam za biurkiem. Natomiast nowe mieszkanie jest świetnym pretekstem do urządzania imprez w każdy weekend. Żony i dziecka praktycznie nie zauważam.
W listopadzie moje pijaństwo daje się tak wszystkim we znaki, że w końcu ulegam namowom rodziców i idę do psychiatry – specjalisty od uzależnień. Proponuje mi detoks i odwyk, ale nie mogłem sobie na to pozwolić, bo przecież musiałem pracować. To była ostatnia szansa zesłana mi przez Boga na w miarę bezbolesne podniesienie się z dołka, do jakiego się doprowadziłem. Musiałem jednak pogrzebać się w gnoju bardziej i poszukać głębiej. No i chleję dalej do tego stopnia, że przestaję kontrolować swoje własne przekręty, przez co dwa tygodnie później wychodzą one na jaw i już nie mam pracy. Ojciec, który był prezesem w firmie, w której pracowałem, nie chce mnie widzieć na oczy.
Na detoks trafiam dopiero w styczniu 2000 roku. Mam zacząć leczenie odwykowe, ale do tego nie dochodzi. Kilka dni po detoksie znowu piję, ale zaczynam się z tym ukrywać. Moje picie niezmiennie kończy się awanturami w domu. Z pomocą oficera - znajomego mojego ojca, trafiam na lepszy pomysł jak sobie poradzić z moim „problemem”. Wówczas jeszcze nie miałem specjalnego pojęcia o chorobie alkoholowej. Dowiedziałem się co prawda, że jestem alkoholikiem, ale nic to dla mnie nie znaczyło, poza tym tylko, że usprawiedliwiało moje picie.
W kwietniu 2000 roku rozpoczynam służbę wojskową w Koszalinie. Nie piję przez pierwsze kilka dni – później jako pan podchorąży na długo przed przysięgą dostaję stałą przepustkę. Jeszcze w momencie wychodzenia do miasta trwam w postanowieniu, że nie będę pił. Jednak wszyscy kupują piwo, więc ja też, dla towarzystwa, to jedno. Po kilku dniach wymuszonej abstynencji i dużej ilości ruchu na powietrzu smakuje jak nigdy dotąd. Tego samego dnia przepijam wszystkie pieniądze, jakie miałem. Niemniej trzy miesiące w Koszalinie upijam się sporadycznie, choć piję często. Natomiast drugą część służby odbywam w Bytomiu i wszystko wraca do mojej normy. Wojsko zajmuje mi 3 – 4 dni w tygodniu i to do 13.00 – 14.00. Do tego wszystkiego wojsko płąci za wszelkie moje opłaty (czynsz, prąd itp.), dostaję żołd, zasiłek na rodzinę i zwrot za wyżywienie (bo żywię się w domu). Kasy i czasu na picie znów mam pod dostatkiem. Jednocześnie odkrywam, że moje małżeństwo ma charakter niemal czysto formalny, wobec czego znalazł się też poważny powód do użalania się nad sobą i oczywiście picia.
W końcu w październiku żona nie wytrzymuje mojego picia i na dwa tygodnie wyprowadza się do kolegi z pracy. W listopadzie 2000 decyduję się na leczenie odwykowe, gdzie spędzam… jedną dobę. Pamiętam jak dziś twarz terapeuty, który próbuje przez dobrych 15 minut przemówić mi do rozumu – bezskutecznie. Już w drodze do domu kupuję piwo.
W 2001 roku rozpoczynam pracę dla wydawnictwa, jednak pracuję w domu, więc praca nie przeszkadza mi w piciu. Z tego powodu na przełomie 2001 / 2002 mam coraz mniej zleceń.
W lutym 2002 roku rozpoczynam pracę jako przedstawiciel handlowy. Nie radzę sobie jednak zupełnie z piciem – piję rano przed pracą i w pracy.
W maju 2002 rozpoczynam swój najdłuższy okres abstynencji. Wiele spraw zaczyna się powoli układać. Niemniej po dwóch miesiącach znów zalewam się w trupa. Do 2004 roku ostro walczę z alkoholem podejmując co chwila próby zerwania z nałogiem i równie często zapijając.
W 2004 roku w pracy osiągam coraz lepsze wyniki, coraz więcej zarabiam, zaczynają się pojawiać jakieś perspektywy, ale jednocześnie wbrew sobie coraz częściej i coraz więcej piję. Nie potrafię nad tym zapanować. Z powodu szans wyjścia na prostą picie coraz bardziej mi przeszkadza, coraz bardziej chcę przestać i coraz wyraźniej widzę, że sobie nie radzę.
W październiku 2004 – po miesiącu cierpień umiera ojciec mojej przyjaciółki – umiera z powodu alkoholizmu w potwornych męczarniach. Jedna sprawa bardzo silnie podziałała na moją wyobraźnię. Ten człowiek, podobnie jak ja, całe życie twierdził, że trzeba żyć, póki czas, a jak przyjdzie starość, czy choroba, to po prostu odbierze sobie życie. Choroba przyszła nagle i nie miał szans na ten rozpaczliwy gest.
10 listopada (w środę) dochodzę powolutku do siebie po ostrym piciu w weekend, które już tradycyjnie przeciągnęło się na początek kolejnego tygodnia. Przerażony perspektywą długiego weekendu staram się o przyjęcie na detoks. Nie ma takiej możliwości, więc kupuję setkę rano i dzwonię po prywatnych przychodniach, które robią odtrucie w domu. Myśl o kolejnych czterech dniach picia mnie przeraża a jednocześnie jestem już pewien, że sam nie mam żadnych szans. W końcu umawiam wizytę z odtruciem w domu, a w czasie oczekiwania wypijam 50-tkę wódki.
To był ostatni kieliszek alkoholu, jaki wypiłem do dnia dzisiejszego.


Pierwsze kilka dni spędzam przyklejony do komputera – czytam wszystko, co tylko można znaleźć w Internecie na temat alkoholizmu. Rejestruję się na dwóch forach dla osób uzależnionych, uczę się na pamięć zasad programu na 24 godziny, piję mnóstwo napojów a dookoła mam zapas słodyczy na miesiąc:)

W poniedziałek trafiam na mityng, a w środę mam wizytę u psychiatry. Facet był genialny – powiedział „nic nowego Panu nie powiem”, „Wiem” - odpowiedziałem,
decyduje się Pan na odwyk?
Tak.
No to zapraszam jurto do szpitala.

Kosztowało mnie te kilka zdań 50 złotych:) Ale warte było dużo więcej. Zostałem przyjęty na terapię odwykową – ambulatoryjną. Spotkania raz w tygodniu trwały prawie rok – najpierw 5 spotkań terapii wstępne, później pół roku podstawowej i jeszcze 4 miesiące tzw. zadaniowej. Po roku pożegnałem się ze szpitalem i zacząłem 2-letnią terapię pogłębioną. Kończąc ten wątek – po kolejnych dwóch latach zdecydowałem się kontynuować terapię, jednak teraz dla odmiany indywidualnie. Do dzisiaj korzystam z usług terapeuty i nie wydaje mi się, żebym miał z tej formy rozwoju osobistego zrezygnować. Ale nie ma co przesądzać.

W miarę regularnie też bywam od początku na mityngach, chociaż z czasem z dużo mniejszą częstotliwością.

Mógłbym teraz kolejnych kilka stron opisywać mniejsze i większe sukcesy w pracy, rozwój osobisty, miłość do żony i wzajemny rozwój i ponowne poznawanie się w tym czasie, polepszenie relacji z córką, z rodzicami, rodzeństwem, rewolucję w kontaktach towarzyskich... Mógłbym też skupić się na innym wątku – eksmisji z mieszkania, korowody z komornikami, Urzędem Skarbowym, zajęcia kont itp. Ale bezwzględnie najważniejsze w tym wszystkim nie są zewnętrzne okoliczności – miłe czy bolesne, łatwe, czy trudne – ale to, że potrafię coraz lepiej mierzyć się z nimi bez sztucznego wspomagania. Wstaję rano i bywam czasem niewyspany, ale ilekroć przypomnę sobie poranki sprzed kilku lat, niezmiennie się uśmiecham i czuję lekkość na duszy. Nie boli mnie głowa, nie trzęsą mi się ręce, nie szarpie mnie, nie pocę się, nie czuję paraliżującego strachu – po prostu żyję!
_________________
"Biedny, kto gwiazd nie widzi, bez uderzenia w zęby"
 
 
marcini 
przyjaciel forum



Dołączył: 27 Mar 2009
Posty: 177
Skąd: Śląsk
Wysłany: Nie 13 Cze, 2010 13:26   

Mam na imię Marcin, jestem alkoholikiem, narkomanem i lekomanem.
Odkąd sięgam pamięciom alkohol zawsze był w pobliżu. Ojciec pił dużo, awanturował się i bywał bardzo agresywny, bałem się go, albowiem jako najstarszy z rodzeństwa zawsze byłem winny, a co za tym idzie, karany biciem. Kiedy słyszałem jak ojciec wchodzi do domu, starałem się schować, potwornie się bałem, czasami nieświadomie się zmoczyłem. Dzieciństwo wspominam teraz jako pasmo strachu, bólu i wiecznej chęci ucieczki. Kiedy matka stawała w mojej obronie to i jej się dostawało, co dla mnie było straszniejsze niż mój ból. Już w dzieciństwie nauczyłem się nie płakać, mój płacz potęgował chęć ojca ukarania mnie, nie potrafiłem tego zrozumieć, dopiero jak byłem sam to się wypłakiwałem i to raczej z bezsilnej złości, niż bólu. Źle mi się o tym pisze i nie chce o tym myśleć. Dzieciństwo miałem smutne. Nienawidziłem alkoholu. Los jednak ukazał się przewrotny.

Pierwszy raz skosztowałem alkoholu z ciekawości, na weselu ciotki. Miałem wtedy 12 lat. Zastanowiało mnie co się dzieje w głowach dorosłych, że są tak inni po wypiciu kilku kieliszków. Mimo, że miałem wyryty w pamięci obraz szalejącego ojca 'zwinąłem' razem z bratem niedokończoną butelkę wódki. Wymknęliśmy się na dwór i z niecierpliwością wypiliśmy po kieliszku. Rozczarowałem się, wódka była gorzka i paliła w gardło. Oboje z bratem zwymiotowaliśmy, nie było to początkiem mojego picia. Zacząłem uważać, że wódka jest niedobra. I tak uważałem do czasu, aż skończyłem 7 klasę podstawówki.

W czasie wakacji zacząłem się obracać w towarzystwie starszych ode mnie chłopaków zafascynowanych ideologią PUNK. Imponowały mi ich czuby, skóry i ciężkie buty, oraz zachowanie pełne agresywnej pewności siebie. Przede wszystkim jednak podziwiałem i można rzec podzielałem ich poglądy, pogardę do władzy i prawa, nienawiść do powszechnego zakłamania i podziału na warstwy społeczne. Podobała mi się ich chęć wiecznej zabawy, nieustającej hulanki pod ponurym szyldem 'NO FUTURE', czułem się taki sam. Szybko dopasowałem się do nich, a oni mnie zaakceptowali. Wtedy też zacząłem regularnie pić piwo, wino i zacząłem eksperymenty z wąchaniem kleju, trawką i psychotropami. Mimo iż wcale nie czułem się dobrze po tych używkach (miałem zawroty głowy, bóle brzucha, wymioty, kłopoty z równowagą) - robiłem dobrą minę do złej gry. Z klejem skończyłem szybko, mimo iż halucynacje były efektowne, to strasznie śmierdział i ciężko było dojść do siebie, za to alkohol na stałe zagościł w moim życiu. Zaczęły się wojaże po kraju, koncerty, festiwale, wakacyjne włóczęgi. Poznawałem wciąż nowych ludzi, ogarniętych tym samym pragnieniem buntu i zabawy. Nauczyłem się pić i z coraz większym znawstwem sięgałem po inne środki wpływające na świadomość i percepcję. Zacząłem też być agresywny, normą były zbiorowe bijatyki ze skinhead'ami czy milicją, ale również w szkole stałem się obiektem obserwacji dla nauczycieli. Mój wygląd i zaczepliwość sprawiły, że dość często lądowałem na 'dywaniku' u dyrektora szkoły. Ogniska i imprezy również ułatwiały mi upijanie i odurzanie się. Było to o wiele łatwiejsze życie niż gdybym miał się uczyć lub w inny sposób rozwijać, pijany czułem się pewny siebie i miałem ugruntowaną pozycję między kumplami. Na trzeźwo musiałbym starać się o pewne rzeczy, pijany po prostu je brałem. Było, a przynajmniej tak mi się wydawało o wiele łatwiej żyć. Za kilkanaście lat właśnie tymi sposobami będę nakręcał się do życia. Z czasów szkolnych przypominam sobie również pierwszy powrót na Izbie Wytrzeźwień, Dzień Wagarowicza, znana restauracja w lesie, kilka grup rozochoconej młodzieży, wypiłem wtedy mnóstwo piwa, nie pamiętam od czego się zaczęło, bijatyka, demolka, dużo krwi. Z opuchniętą twarzą i rozbitą głową zostałem zabrany na Izbę Wytrzeźwień, a potem dyspozycja i założenie kartoteki. Czułem złość i wstyd, które przeszły w poczucie winy kiedy matka mnie zobaczyła i dowiedziała się co się stało. Była zdruzgotana, a ja czułem się jak ostatnie bydle.

Oprócz alkoholu bardzo często także brałem inne środki. Pojawiała się coraz częściej marihuana, lsd, psychotropy i deliryki, bawiły mnie stany para mistycznego wyciszenia, albo graniczącej z obłędem euforii, bawiłem się halucynacjami i dziwną ekstazą jaką dawały mi różne środki. Wtedy chyba wpadłem w uzależnienia, nie zdając sobie sprawy z postępującej destrukcji mojego życia, co róż rzucałem się w wir narkotyczno-alkoholowych uniesień. Zaczęły mi się zdarzać kilku dniowe 'przerwy w życiorysie', urywał mi się film gdzieś w klubie, a odzyskiwałem świadomość całkiem gdzie indziej, dzień, albo kilka dni później. Z relacji kolegów normalnie funkcjonowałem, tylko nic z tego nie pamiętam. Ani nauczyciele, ani rodzice nie orientowali się co się dzieje. Kiedy starałem się odstawić ogłupiacze tj. alkohol i resztę, odczuwałem dokuczliwe obniżenie nastroju, byłem nerwowy i dręczyła mnie nuda i poczucie monotonii. Wnioskowałem, że to objawy głodu narkotycznego, dużo zawsze czytałem więc miałem odniesienie do mojego stanu. Mając 18 lat zacząłem odczuwać notorycznych zatruć i przedawkowań. Byłem słaby i apatyczny, miewałem męczące koszmary. Towarzystwo także zaczęło się wykruszać, dwóch kumpli trafiło do więzienia, dwóch zmarło, jeden na przewlekłą nieleczoną żółtaczkę, a drugi na zawał serca. Mój najbliższy kolega się powiesił... Zacząłem się zastanawiać, czułem, że powoli się wykańczam. W moim życiu dominował strach i coraz silniejsze poczucie braku kontroli. Bałem się o własne życie i zdrowie.

Od jakiegoś czasu spotykałem się z dziewczyną, była inna niż poznane wcześniej 'gałganki'. W chwilach trzeźwości zacząłem zauważać, że zależy jej na moim życiu, w jej towarzystwie czułem się dobrze, lecz nie potrafiłem, a może nie chciałem tego okazać. Starała się odwrócić moją uwagę od ćpania i towarzystwa PUNK'owców. Zainteresowała mnie poezją i pomogła wrócić do czytania książek i teraz dopiero z perspektywy czasu widzę jak bardzo się dla mnie poświęcała, lecz wtedy nie potrafiłem tego docenić. Pokochała mnie, a ja zakochałem się w niej, pierwszy raz w życiu przysiągłem być trzeźwy dla niej. Była to pierwsza przysięga trzeźwości z tysiąca późniejszych. Jednak nadal piłem alkohol, starając się ograniczać w jej obecności, co zazwyczaj nie wychodziło, nasz związek był dla mnie dość wygodny, o nic mnie nie pytała chociaż widziałem jej smutek i od niej wtedy też zawsze miałem pieniądze na alkohol.

Po roku wzięliśmy ślub, z narkotykami skończyłem, ale za to regularnie się upijałem, wtedy już pracowałem na kopalni tak jak ojciec i teść i tak jak oni piłem. Co weekend zalewałem się w trupa, a po pracy zawsze wypijałem parę piw. Ze starym towarzystwem kontaktowałem się rzadko, a nowego nie szukałem, często piłem samotnie potęgując w sobie poczucie osamotnienia i izolacji. Nie potrafiłem być odpowiedzialny, sprawy wymagające trochę czasu zostawiałem żonie, mnie interesowała tylko praca i picie, wtedy uważałem, że tak ma być. W tym czasie jak sobie przypominam, zacząłem być drażliwy i niespokojny. Obwiniałem całe otoczenie za to, że moje życie stało się nudne i monotonne, stałem się ponurym samotnikiem, nie zdawałem sobie sprawy, że alkohol już zaczął bezpowrotnie niszczyć moje życie, byłem alkoholikiem i już wtedy zacząłem zdawać sobie z tego sprawę. Teraz mogę przypuszczać, że w tamtym czasie już byłem w fazie krytycznej uzależnienia od alkoholu. W 93' roku urodził się syn. Przez okres ciąży żony starałem się być dobry dla niej, czułem jakieś poczucie obowiązku i starałem się ograniczyć swoje picie. Chociaż wykorzystywałem momenty pobytu żony poza domem by pić. Urodzenie się syna było także doskonałym powodem do picia. Mniej jednak piłem w domu, a więcej szukałem towarzystwa. Kilka lat było względnie bez zmian, ja piłem coraz bardziej oddalając się od żony, co zaowocowało postępującym się rozpadem rodziny. Żona zaczęła pracować, a mnie przeszkadzało jej towarzystwo, a w szczególności męska część jej kolegów. Coraz częściej zdarzały się kłótnie, które często kończyły się dla mnie Izbą Wytrzeźwień. Zacząłem być coraz bardziej wściekły na siebie za własną nieudolność i nieporadność życiową. Postanowiłem wyjechać za granicę, praca w Czechach dawała mi o wiele większe zarobki, ale też o wiele więcej czasu na alkohol. Na kontrakcie pierwszy raz zdradziłem żonę, wiedziałem o jej kontaktach z kolegami z pracy i czułem się usprawiedliwiony. Rozsmakowałem się w tym życiu, stałem się stałym bywalcem knajp i nocnych klubów. Pijąc użalałem się nad własnym losem, czułem się oszukany i skrzywdzony, co pozwalało mi wciąż więcej i więcej pić. Na kontrakcie panowało ciche przyzwolenie na picie, cały ten okres wspominam bardzo mgliście, praktycznie cały czas byłem pijany, zaczęły zdarzać mi się 'bumelki'. Szef po rozmowie ze mną zasugerował 'wszywkę', zrobiłem to i po tygodniu znowu piłem. Żona widząc, że nadal piję, zagroziła rozwodem, poczułem strach i panikę. Do wszywki lekarz przepisał mi hydroksyzynę, ostatniego kaca wtedy zwalczyłem tabletkami. Przypomniały mi się czasy młodości, przyjemne wyciszenie i spokój, łatwość zasypiania. Przestałem pić, ale za to zacząłem się zamulać tabletkami. Szybko znalazłem punkty zaopatrzenia się w relanium i inne psychotropy. Wpadłem znowu w prochy i znowu jak lunatyk tylko pracowałem, jadłem i spałem. Trwało to 2 lata. W końcu znacznie schudłem i prawie cały czas spałem, zaczęły się bóle brzucha i zawroty głowy. Wystraszyłem się i odstawiłem tabletki. To co się ze mną działo było straszne, głód alkoholowy był niczym z objawami zespołu odstawienia leków. W szybkim tempie zacząłem pić na nowo alkohol, piłem jeszcze częściej i więcej niż wcześniej i znowu awantury, interwencje policyjne i pretensje żony. Wyjechałem do Hiszpanii, bardziej uciekając przed konfliktami rodzinnymi, niż za pieniędzmi, miałem nadzieję, że dłuższa rozłąka poprawi moje relacje z rodziną.

W Hiszpanii zbyt długo nie zabawiłem, piłem cały czas, a to sprawiło, że znowu zacząłem słabnąć, nie podobała mi się praca, pijany lekceważyłem wiele obowiązków. W końcu po kolejnym zatruciu i notorycznych kłótniach telefonicznych z żoną wróciłem do Polski. Nie uchroniło to jednak mojej rodziny przed rozpadem. Okazało się, że żona mając dość niepewności mojego życia, zaczęła układać sobie życie beze mnie. Załamałem się i wpadłem w długi, kilkutygodniowy ciąg, czułem złość. Kiedy wytrzeźwiałem, jeszcze raz się zmobilizowałem i wyjechałem do Czech. Jednak poczucie porażki i nienaprawialności mojego życia nie pozwoliło mi już dźwignąć się z bagna, które sam sobie przygotowałem. Któregoś dnia będąc w domu pod nieobecność żony siadłem przed komputerem zacząłem przeglądać prywatne strony Naszej-Klasy i GG mojej żony, dowiedziałem się prawdy o sobie, wspólnym życiu i bólu, który zadałem tym, których powinienem kochać. Łamiąc hasła i kody, złamałem sam siebie, straciłem wszystkie złudzenia, znowu wpadłem w długi ciąg, piłem na siłę wszystko co się tylko dało, użalałem się nad sobą i przeklinałem cały świat, doprowadziłem się do strasznego stanu. Doszło do próby samobójczej. Kiedy leżąc w 'akwarium' w psychiatryku dowiedziałem się, że znalazł mnie i podobno odciął syn, pękłem. Przekląłem sam siebie, przestałem obwiniać kogokolwiek o swoje życiowe porażki i niepowodzenia, żałowałem, że nie umarłem, nie wiedziałem co dalej robić... Pierwszy raz wtedy przemknęła mi przez głowę myśl o leczeniu odwykowym. Po wyjściu ze szpitala piłem nadal, porzuciłem pracę w Czechach i zająłem się tylko piciem, był to dla mnie najgorszy okres, unikałem rozmów z żoną i synem, czułem się nikim, nieporadnym kalekim idiotom. Na różne sposoby kombinowałem pieniądze na alkohol, powoli staczałem się coraz niżej, aż nie przepiłem wszystkiego co miałem. Nikt mi już nie stawiał, nie mówiąc o pożyczkach. Wytrzeźwiałem przymusowo, nie mając za co pić. Zgłosiłem się na terapię dzienną u siebie w Bytomiu, poczułem, że mam szansę, załatwiłem pracę i skupiłem się na leczeniu. Nie piłem. Starałem się odzyskać zaufanie syna, młodszy nie wiedział co zrobiłem i był nieświadomy mojego stanu. Starałem się również pogodzić z odejściem żony, w prawdzie jeszcze mieszkaliśmy razem, ale jej odejście było kwestią czasu, w końcu kiedy byłem w pracy, zniknęła razem z dziećmi i całym wspólnym dobytkiem, przypuszczałem, że tak zrobi. Jeszcze wtedy nie zapiłem, nadal chodziłem na terapię i brałem udział w meetingach. Bałem się samotności, zacząłem szukać towarzystwa. Zacząłem spotykać się ze znajomą, po pewnym czasie zorientowałem się że pije, poczułem od niej zapach piwa. W końcu po 7 miesięcznej abstynencji, wypiłem piwo. To co potem się ze mną działo, mogę określić jako ślepy pęd ku śmierci. Puściły mi wszystkie hamulce. Nie wahałem się przed niczym, wódka i narkotyki stały się podstawą mojego życia, tylko spotkania ze synami mobilizowały mnie do chwil trzeźwości. Piłem coraz bardziej i więcej, ogarnięty jakimś ślepym obłędem, zaopatrywałem się w alkohol i narkotyki i przez tydzień nie wychodziłem z domu doprowadzając się do nieprzytomności. Delirium, halucynacje i stany euforii mieszały mi się w głowie, byłem pewien, że umrę. Nie pamiętam co sprawiło, że się ocknąłem, może brak pieniędzy, może wizyta matki, a może smutne oczy moich synów, nie wiem.

Przerwałem to i wróciłem na terapię, jednak po pierwszych zajęciach upiłem się, miałem już siebie dość. Nawet umrzeć mi się nie udało. Spakowałem się i pojechałem na detoks, chciałem podjąć leczenie zamknięte i udało się... Od bardzo dawna coś w końcu mi się udało. Byłem tam i chcę trzeźwieć.

Po napisaniu piciorysu zastanawiam się jakim cudem uniknąłem śmierci lub więzienia. Żal do samego siebie czułem zawsze, odkąd piłem. Lecz widzę, że był on najlepszym motorem do picia i innych sposobów odurzania się. Straciłem rodzinę, dom i wpadłem w długi, czy mam szansę? Nie wiem, chyba nie... Mimo to gdzieś w głowie kołacze się myśl o czystym życiu i o szansach, które straciłem i o szansach, które zbezcześciłem i podeptałem. Marzenia o uśmiechniętej żonie, wesołych dzieciach i spokojnym, ciepłym domu. Czy się spełnią? Nie wiem...

Pisząc piciorys, przeżyłem na nowo wszystkie te chwile. Czuję smutek i mam świadomość, że wszystkie te lata straciłem, jedyne co wyniosłem z tego to nadszarpnięte zdrowie i kompletnie pokrzywioną psychikę, nie potrafię się jeszcze z tym pogodzić, wiem, że odbudowa mojej rodziny jest raczej nie możliwa, a na zadośćuczynienie żonie i moim dzieciom, nie starczy mi życia. Czuję wstyd i pogardę dla moich słabości. Nie wiem dokąd podążam, ale wiem, że wszystko co jest przede mną już zawsze będzie naznaczone nałogiem i upadkiem. Muszę z tym żyć i jeszcze raz pokazać, teraz już tylko sobie, że potrafię normalnie żyć. Dziękuję. Marcin alkoholik.
_________________
Hey Ho, Lets Go ...
 
 
aneczkaaa 
przyjaciel forum


Wiek: 33
Dołączyła: 28 Lis 2010
Posty: 6
Wysłany: Śro 01 Gru, 2010 08:47   

Mam na imię Dorota i jestem alkoholiczką
Moje dzieciństwo nie było usłane różami, ojciec pił, znikał, wracał, mama krążyła wokół niego, a on wokół butelki.
Mało pamiętam z okresu picia mojego ojca, ale pamiętam jak prosiłam, żeby już nie pił. Gdy miałam 13 lat mama trafiła do grupy wsparcia. Od tego czasu zaczęło się u nas zmieniać. Ona zaczęła się zmieniać. Razem z siostrą uczęszczałyśmy na Al-ateen. Tato pił jeszcze 2 lata i któregoś dnia po prostu powiedział STOP. Nie pije ponad 14 lat.

Moje przygoda z alkoholem zaczęła się w szkole średniej. Były to cotygodniowe wyjścia na imprezy, dyskoteki itp. Jak większość nastolatek. Moje „imprezy” trwały dosyć krótko, bo w wieku 18 lat zaszłam w ciąże( oczywiście z moim teraźniejszym mężem). Pożegnała alkohol na okres ciąży, po urodzeniu syna również nie było czasu na zabawy. Mąż nadrabiał za naszą dwójkę. :mrgreen:
Jak syn miał 4 lata zaczęłam uczęszczać na grupę wsparcia dla współuzależnionych. Chodziłam parę miesięcy i zrezygnowałam. Jak na to patrzę z perspektywy czasu to Ja oczekiwałam chyba wtedy cudu. Paradoksalnie myślałam, że jak ja będę chodzić to On przestanie pić. Więc wymyśliłam inny sposób, a może poszłam na łatwiznę? Zaczęłam mu robić na złość. On weekend, to ja weekend.
Nic nie pomagało… kurczę, ale ja miałam myślenie :-( . W 2005 roku ponownie zaszłam w ciąże. Znowu się rozstałam z alkoholem na ponad 1,5 roku. Jak córka miała parę miesięcy miałam już dość picia męża. Zaczęłam się od niego oddalać. Zaczęłam wychodzić ze znajomymi coraz częściej.
W 24.12.2006 umarła moja kochana Bunia. Załamałam się. Nie widziałam już sensu najmniejszego. Nic nie miało dla mnie znaczenia. Zaczęłam wpadać w ciągi parodniowe. Piłam w nocy, a w dzień zajmowałam się dziećmi. Hmm zajmowałam się? Starałam się zajmować, bo na kacu, czy w ciągu nie da się w pełni zajmować dziećmi. Piłam po parę dni, z przerwami na 2-3 tygodnie. Nigdy nie zapomnę jak bardzo sama siebie usprawiedliwiałam i tłumaczyłam. Jak bardzo zaprzeczałam, że Ja mam problem z piciem, że to jak piję i jak długo piję to jest uzależnienie już. Przyrzekałam sobie parę razy, że to już koniec, że już nie będę pić. Obietnice łamałam po parunastu dniach.

Późniejsze zajścia potoczyły się niesamowicie szybko. W maju moja mama dostrzega, że mam problem. Swoją drogą to niesamowite, jak strasznie unikałam z nią kontaktu w ostatnim okresie swojego picia. Pewnie bałam się, że zrobi wszystko by mi odebrać alkohol.
Od początku czerwca zaczęłam chodzić na mityngi, jednocześnie mama namawia mnie na terapię zamkniętą. Pod koniec czerwca zaczynam pić. Nie daje rady sama. A może nie mam motywacji?. 7 lipca w trakcie picia jadę na Zlot Radości w Gnojnie. Dostaję zespołu abstynenckiego, myślałam , że umrę. Nigdy nie zapomnę słów mojego trzeźwiejącego wujka:” napij się, dać ci wódki? Przejdzie ci od razu”. Byli tam wszyscy, myślałam, że zapadnę się pod ziemię. Powiedziałam wtedy KONIEC. JUŻ NIE CHCĘ PIĆ!. Stanęło mi całe życie przed oczami. Moje dzieci, moja rodzina, moja narastająca agresja do męża…
W poniedziałek poprosiłam o spotkanie z dyrektorką Ośrodka. Na miejsce trzeba długo czekać, ale mama robi wszystko by mnie przyjęli jak najszybciej. 27.07.2007 jadę do Łukowa na terapię zamkniętą. Tydzień czasu się aklimatyzowałam. Pomimo tego, że znałam dużo leczących się alkoholików to czułam się tam źle. Po tygodniu zaczęłam pękać. Terapia, mityngi, ogólnie cały program terapii starałam się wziąć z niej jak najwięcej… Jakby to była jedyna metoda ratunku dla mnie... Dla mojego życia… Dla życia mojej rodziny…

Po powrocie do domu, do rodziny mąż przez miesiąc czasu nie pił(powiedziałam mu, że jak on zacznie to ja też zacznę). Tak szczerze to bałam się na początku jak ja zareaguję, jak on zacznie pić. Po miesiącu napił się raz, ze mną nic się nie stało, zapił drugi, trzeci, czwarty… Myślał, że jest Oki, jednak nie było… Ja byłam inna i już wiedziałam , że nie chcę w swoim życiu alkoholu. Zajęłam się sobą i dziećmi. Mężowi powiedziałam tylko, że jak on będzie pił to nie będziemy bliżej siebie tylko coraz dalej. Robił dalej swoje. Złożyłam o leczenie. W tamtym roku był na leczeniu zamkniętym , oczywiście dobrowolnie. Po wyjściu nie pił 2 miesiące i znowu próbował, czy już może… Od półtorej miesiąca nie pije i chodzi na terapię otwartą i mityngi. Może już zrozumiał?? A może nie?? To już jest jego sprawa. Ja nie chcę pić i teraz już wiem , że nie będę żyć z nim nie leczącym się. On tez o tym wie :-) .

Nie piję ponad 3 lata i wiem , że nie chcę pić…
 
 
jerzyk
[Usunięty]

Wysłany: Nie 02 Paź, 2011 19:59   

Mój rys historyczny postaram się zobrazować dość krótko, gdyż wszystkie historie są podobne, różnią się jedynie fakty i zdarzenia z życia poszczególnych jej autorów, a to ma chyba nie wielkie znaczenie, moim skromnym zdaniem, gdyż problem jest taki sam.
Oto moje osiągnięcia w tak fascynującej podróży życiowej przy ścisłej współpracy z szanownym prezesem "alkoholem" w roli głównej, a współpraca dobrze nam się układała przez ( w zaokrągleniu) okres 40 letni, tak że w tym okresie byłem ( Liczby podaje w przybliżeniu bo prezes zadbał już o to abym wszystkiego nie zapamiętał) 15 razy na detox, 2 wszywki , 5 trapi różnego kalibru, 4 razy rozpoczynałem karierę w AA, teraz też jestem jej adeptem, z 20 izb wytrzeźwień, rozwód, 5 lat zakład karny, 3 próby samobójcze bez efektów ubocznych, świadectwa pracy w liczbie tomu grubości encyklopedii.Nie wspomnę o melinach, rynsztokach i trunkach o nieznanym pochodzeniu.
W trakcie 40 lat tej współpracy miałem kilka znamienitych osiągnięć jak chociażby 5 lat solowego trzymania abstynencji będąc jedynie na systemie pozytywnego myślenia( ksiązki nagrania i seminaria).
Obecnie nie pije od 44 miesięcy, przez 3 lata samotnie trzymałem trzeźwość bez wysiłku żadnego z mojej strony, na AA zacząłem uczęszczać ponieważ coś mną pokierowało aby tam pójść, no i jestem , może to chęć podzielenia się z innymi własnymi doświadczeniami a może i chęć pewnego rodzaju zabezpieczenia się gdyż 5 lat solówki nauczyło mnie trochę rozumu że w chwilach jakiegoś załamanie trzeba mieć kogoś obok siebie, aby mógł cie wesprzeć , aby przetrwać kryzys.
Mam swoją receptę na alkoholizm, nikomu jej nie polecam gdyż ona działa w moim przypadku, a czy zadziała na kogoś innego tego nie gwarantuje .
Wiem jedno że dopóki nie zająłem się stroną duchową samego siebie i nie pojąłem PRAW Boga, rządzących światem w jakim przyszło mi żyć, nici były z trzeźwości.
Teraz wiem jedno, że te 5 lat które uważałem za trzeźwe, wcale takie nie były, ja po prostu nie spożywałem alkoholu bo walczyłem z nim, a to nie ma większego sensu, wszelakie działania oparte na siłowych rozwiązaniach kończą się tragicznie i może ktoś ze mną tu polemizować że tak nie jest, ma takie prawo, ale to i tak nie zmieni tego faktu.
Moim zdaniem i jest to tylko moje zdanie trzeźwy jestem od momentu jak przestałem się bać alkoholu, jak przestałem z niego robić "cielca", jak powoli krok po kroku pomniejszałem jego znaczeni jak go dewaluowałem aż w końcu stał się substancją chemiczną bez żadnej mocy, stał się neutralny, i najnormalniej w świecie uznałem że mnie go pic nie wolno, bo dostaje po nim sraczki tak jak po mleku którego nie pije też już ze 40 lat bo po nim też dostaje sraczki i nic się złego nie dzieje, więc skoro mogę się obejść bez mleka i żyje to i bez alkoholu mogę żyć.
Cała ta przemiana musiała zajść w mojej głowie bo na ten przykład na terapii to ja myślałem jaki film będzie wieczorem w telewizorze, wcale nie słyszałem o czym tam gadają, bo takie było moje myślenie,..złe, destrukcyjne wręcz.
Nie jestem przeciwnikiem takich narzędzi pomocowych jak terapia, detoks czy wszywka , absolutnie jestem za, lecz to są tylko narzędzia i cały ten system pomocowy jak ja to nazywam alko-servis ma mnie jedynie za zadanie doprowadzić do stanu używalności po nadmiernej eksploatacji na niezdrowym paliwie, ma mnie przywrócić fizyczną i psychiczną normalność, tak bym to nazwał, ale dalsza moja egzystencja jako człowieka trzeźwego to tylko i wyłącznie odemnie zależy, a raczej od sposobu mojego myślenia.
Żadne z tych narzędzi nie ma mocy cudownego leku , taką moc ma jedynie Bóg bez względu na to jak go postrzegasz i pojmujesz, Amen.
W chwili obecnej jestem fajnym trzeźwym facetem z uśmiechem na ustach i w sercu.
 
 
lenovo 
przyjaciel forum



Pomógł: 14 razy
Wiek: 36
Dołączył: 28 Sie 2011
Posty: 1020
Wysłany: Pon 14 Lis, 2011 14:16   

Miałem to napisać po terapii, ale własnie skończyłem swoją prace na temat rozwoju mojego uzależnienia i uświadomiłem sobie że powstał mój piciorys.....



Proces rozwoju uzależnienia mojej osoby od alkoholu przebiegał długo i bardzo wolno, alkohol wkradł się jak cukrzyca która dopada człowieka przez wiele lat nie ma objawów i nawet nie wiemy że chorujemy aż w pewnym Momocie wszystko staje się jasne i widzimy ogrom zniszczeń naszego organizmu tylko że alkohol dokonał również zniszczeń mojej psychiki i uczuć.

Początki mojej choroby zaczęły się w wieku 15 lat kiedy poszedłem na sylwestra do kościoła i tam pierwszy raz poczęstowano mnie alkoholem, na drugi dzień bardzo to odchorowałem i powiedziałem nigdy więcej, lecz szybko doszedłem do siebie i przy kolejnej okazji na którą nie czekałem długo bo chyba dwa miesiące były urodziny chłopaka mojej kuzynki, który kończył 18 lat, było dużo ludzi i to starszych niż ja i było bardzo wesoło, pamiętam że wówczas zaczynałem pić towarzysko.

Lecz zauważyłem że w chwili gdzie pojawiał się stres również sięgnąłem po alkohol.
Pamiętam jak pierwszy raz w wieku 21 lat poleciałem do Finlandii, dostałem prace w nowej firmie i będąc na miejscu byłem trochę przerażony ponieważ w wieku 16 lat miałem nerwicę lękowa i bałem się że mogą mnie dopaść lęki w Finlandii a byłem tam sam, więc wieczorem w hotelu sięgnąłem po alkohol z minibarku i się napiłem jednocześnie poprawiając sobie nastrój. Pamiętam tez, że po powrocie do polski pojechałem z kolegą do Rzeszowa by zainstalować nową maszynę i mieliśmy trochę problemów no i jak nam się udało to poszliśmy do restauracji zrelaksować się i opić sukces.

Te moment był dla mnie chyba przełomowy i pokazał mi że alkoholem mogę radzić sobie z stresem. Kolejnym powodem do napicia się była sprzedaż maszyny w Toruniu, klient w ostatniej chwili wycofał się z transakcji a my mieliśmy to jako priorytet w swoich celach i musieliśmy mocno się natrudzić by ja sprzedać jak tylko się nam to udało poszedłem z kolegą świętować pijąc w dyskotece do 5:00.

Często jak miałem doła i siedziałem w domu a koledzy mnie namawiali to musiałem się napić by dostać Powera i tak pamiętam jak kiedyś zadzwonił do mnie Kuba i namawiał byśmy poszli do Hormona na imprezę, ale ja nie chciałem a on wpadł do mnie z flaszką zrobił drinki ja się rozluźniłem i polecieliśmy na balety – bawiłem się super a zły nastrój minął jak za dotknięciem czarodziejskiej różyczki.

Kolejnym etapem było uświadomienie sobie że alkohol korzystnie wpływa na samopoczucie.
I tak na wyjeździe ze znajomymi do Ińska zaczęliśmy pic a ja zobaczyłem że super się czuję, że jest wesoło i radośnie jakoś inaczej…..

Któregoś razu koledzy namówili mnie na wyjazd na ryby i rano był zimno i ponuro i nie miałem ochoty jechać, ale kolega mnie namówił a na wodzie na łódce wyciągnął wódkę i polał, okazało się że w jednej chwili pogoda mi przestała przeszkadzać a i cieplej się zrobiło.
Takie sytuacje się zaczęły powtarzać, ale również w zmęczeniu fizycznym. Pojechałem na narty do Szklarskiej i nie miałem siły jeździć i mi się nie chciało, ale wpadłem na pomysł by napić się grzańca i po wypiciu dwóch zobaczyłem jak wróciły siły i jak dobrze mi się jeździ.
Podobna sytuacja była jak pojechałem na rolki i byłem tak zmęczony że nie miałem siły jeździć ale napiłem się zimnego piwa, najpierw jedno potem drugie i trzecie i zobaczyłem ja moc i siła wraca

To wszystko przekonało mnie że picie jest złotym środkiem na moje smutki i radości więc zacząłem szukać okazji do picia.

Znajomi poinformowali mnie że jada na ognisko i jestem zaproszony, pomyślałem że to super okazja by się napić więc kupiłem zgrzewkę piwa i ją zabrałem ze sobą i na miejscu piliśmy siedząc do 24 przy ognisku. Często tez w piątki wychodziłem do lokali i dyskotek bo tam tez zawsze piłem a te miejsca były idealne do rozwoju mojej choroby alkoholowej.

Często podczas takich imprez narzucałem tempo picia i sam polewałem co kończyło się tym że się upijałem. Pamiętam jak przyjechali moi kuzyni ze stanów, pierwsze co zrobiłem to wyciągnąłem siwuchę z lodówki i powiedziałem że pokaże im jak się piję i nalałem im do szklane wódki, wypiliśmy i poszliśmy do Hormona, tam dalej kupowałem alkohol i się upiłem. Kolejny Ra zbył za dwa tygodnie na wyjeździe w Pobierowie tam wymyśliłem że będziemy grać w karty na karniaki, zabawa była super i nawet specjalnie przegrywałem i lałem sobie więcej niż innym skończyło to się moim upiciem i pójściem spać szybciej niż inni.

Moje coraz częstsze picie w znacznym stopniu wpłynęło na wzrost tolerancji mojego organizmu na alkohol. Uświadomiłem to sobie wypijając 0,7 Ginu w 10 minut z moim kolega na wyjeździe firmowym, po wypiciu byłem „trzeźwy” i gotowy by pic dalej. Kolejna tak sytuacja miała miejsce podczas zabawy sylwestrowej gdzie cały wieczór piłem i mieszałem alkohole i nie mogłem się upić więc musiałem zacząć pić czystą wódkę by osiągnąć poziom upojenia alkoholowego.

Pierwszy urwany film miał miejsce na imprezie w DS. był to lokal na wojska polskiego czynny 24 h / dobę od piątku do niedzieli piliśmy bardzo dużo a ja upiłem się do tego stopnia że jak wyszedłem z lokalu to zwracałem na jakieś auta co stały na ulicy i nie byłem w stanie nikomu powiedzieć gdzie mieszkam, na szczęście taksówkarz co podjechał znał mnie i odwiózł do domu….Innym razem bawiłem się na imprezie urodzinowej w Imperium i tez dużo piłem następnego ranka obudziłem się w własnym łóżku w swoich wymiocinach i niczego nie pamiętałem….

Moja mam po tym fakcie chciała ze mną porozmawiać na temat picia, ale ja powiedziałem że nie ma problemu i że to był incydent, ale wszystko jest ok i nie ma o czym Rozmawiać. Pamiętam że kiedyś po powrocie do domu pod wpływem również rano ja zszedłem do kuchni próbowała porozmawiać na temat mojego picia, ale ja powiedziałem że nie ma tematu i że przesadza i jest przewrażliwiona bo ojciec i dziadek pił…..

Wydaję mi się że to właśnie wtedy był już okres mojego uzależnienia od alkoholu a miałem dopiero 19 lat. Zacząłem szukać usprawiedliwienia mojego picia i pamiętam jak w Lesznie sprzedałem maszynę za 100 tyś złoty i był to ogromny sukces wówczas piłem w lokalnym pubie i świętowałem to że mam sukces tłumacząc sobie, że to normalne i mi się należy, ale po powrocie do szczecina poszedłem w piątek do pubu się napić tłumacząc sobie że mi się należy i wszyscy pija w piątek po ciężkim tygodniu pracy.

Zauważyłem że zaczynam pic coraz częściej i na i obiecałem sobie że na kolejnym wyjazd do Finlandii nie będę pił i tak też się stało, ale po powrocie do domu szybko otworzyłem piwo i się napiłem. Pamiętam jak tez jechaliśmy z moją byłą żoną do jej dziadków na imieniny tam tez postanowiłem że nie piję i nie piłem, ale po powrocie do domu otworzyłem sobie zimne piwo i się nim rozkoszowałem tłumacząc sobie ze mi się należy bo na imieninach wszyscy pili a ja nie.

Alkohol stał się po cichu regulatorem mojego samopoczucia. Pamiętam że po rozstaniu z moją dziewczyną czułem się fatalnie i jak się napiłem wszystkie smutki mijały bardzo szybko, ale wracały wraz z tym jak alkohol wyparowywał z organizmu. Alkohol tez rewelacyjnie pomógł mi po śmierci ojca, byłem załamany i jak miałem iść do szpitala by usłyszeć że mój Tato zmarł nie byłem w stanie i się napiłem i wówczas nabrałem siły i odwagi również to samo zrobiłem żegnając się z nim przed kremacją jak musiałem dokonać identyfikacji ciała, czułem się strasznie i wówczas 10 minut przed wypiłem 250 ml wódki.

Zacząłem pić coraz częściej w tygodniu zdarzało się że piłem po kilka piw wieczorami czekając na piątek a w piątek piłem wódkę na imprezie z znajomymi. Zdarzyło mi się tez że pojechałem do znajomych na ognisko i miąłem nie pić a skończyło się tym że dzwoniłem po zonę by przyjechała po mnie i po auto.

Coraz więcej moich bliskich zaczęło dostrzegać problem i zwracać mi uwagę, więc zaczołem pić w samotności. Pamiętam jak pojechałem w delegację do Krakowa i byłem szczęśliwy że jestem sam i mogę się spokojnie napić innym razem pojechałem z kolega do Warszawy i specjalnie wziąłem dwa pokoje by po cichu i w samotności napić się.

Niebyło trzeba długo czekać jak pojawiły się pierwsze konflikty spowodowane moim piciem.
Piliśmy z moimi kuzynami na strychu u mojej mamy a ja pod wpływem alkoholu wyrzuciłem krzesło przez okno moja mam rano jak to zobaczyła strasznie się zdenerwowała i nie rozumiała jak i co mnie podkusiło że wyrzuciłem krzesło na drzewo, nie rozmawialiśmy dwa tygodnie. Często tez celowo kłóciłem się z moją partnerką by wyjść z domu i iść do mamy by się w spokoju napić alkoholu, ale tam moja mam jak widziała że jestem podpity zwracała mi uwagę a ja się zaczynałem awanturować po czym nie rozmawialiśmy przez jakiś czas.

Kiedyś moja mama powiedziała że się martwi moim piciem a ja się uśmiechnąłem i powiedziałem by się nie martwiła i obiecałem że nie będę pił, tego samego wieczoru byłem pijany w swoim pokoju. Moja partnerka zrobiła mi awanturę po moim zniknięciu na trzy dni z domu po powrocie skacowany i zmęczony obiecałem że nie będę pić i kupiłem jej kwiaty oczywiście piłem już tego samego wieczoru razem z nią u mojej mamy na grilu…

Najbardziej niepokojące było moje prowadzenie auta pod wpływem alkoholu. Bardzo często wracając do domu robiłem zakupy i jechałem do garażu i wypijałem kilka drinków a potem jechałem do domu również zdarzało się że będąc już w domu jechałem do sklepu po alkohol. Któregoś razu kupiłem sobie ruada i pojechałem na Głębokie tam tez piłem z kolegami i wracałem Wojska polskiego a tam zatrzymała mnie policja a raczej chciała, skończyło się to ucieczką i pościgiem przez pół miasta i artykułem w Gazecie, ale i tak mnie nie złapano uciekłem mając we krwi ponad 1,5 promila nie zważając na zagrożenie jakie wtedy spowodowałem.

Zaczęło się systematyczne korzystanie z pomocy alkoholu. Pierwszy raz jak rozstałem się z moją dziewczyna i zacząłem w ramach bólu codziennie go łagodzić piciem ponieważ smutek mijał a ja zaczynałem żyć, kolejnym elementem było to że jak nie miałem siły na coś zaczynałem pić i zaczynałem robić to czego normalnie nie mogłem, np. jak pojechaliśmy na ognisko nie byłem w stanie nosić drewna, ale jak się po cichu napiłem siły wracały i nastrój tez a ja znosiłem stery drewna….
Po takim piciu zaczęły pojawiać się głody alkoholowe, pamiętam po powrocie z wyjazdu integracyjnego do Rynu wieczorem czułem się jeszcze dobrze, ale rano miąłem drżenie rąk, leki, pocenie się szybko sięgnąłem po alkohol i ten stan minął. Któregoś razu jak pojechałem na narty dzień wcześniej piłem a na drugi dzień na stoku myślałem że zemdleje, było mi słabo i się pociłem i lęki, ale jak wypiłem dwa piwa i krupnik to wszystko minęło i czułem się świetnie.

Ten mechanizm pozwolił mi zobaczyć że jak się napiję to przykre dolegliwości mijają. Jechałem do mojego wujka na polowanie i źle się czułem więc w jego miejscowości kupiłem sobie piersiówkę i wypiłem w aucie przed sklepem a samopoczucie wróciło. Innym razem pojechałem do Turcji na wakacje i po powrocie z nurkowania z kacem wróciłem do hotelu i czułem się fatalnie, wiec zacząłem pic w barze rakije by umorzyć ból i złe samopoczucie. Tam tez miałem ciąg alkoholowy bo piłem przez 7 dni dzień w dzień do tego stopnia że w samolocie miąłem 5 euro i do wyboru kupić coś mojej partnerce do jedzenia albo piwo, wiadomo co wybrałem. Piwo i oczywiście była awantura bo ona była głodna i źle się czuła, ale ja widziałem tylko alkohol. Imprezy integracyjne były rewelacyjnym miejscem do ciągu i tak tez było w Rynie gdzie piłem trzy dni od rana do wieczora i nawet wracając do Szczecina poprosiłem kolegów by jechał a ja z drugim piłem w aucie. Ale najdłuższy mój ciąg trwał 4 lata bo piłem każdego dnia od godziny 16-17.

Zniknął dawny Ja a pojawił się nowy. Kiedyś chodziłem na rower a teraz zamiast na rower zaczynałem pic i tylko to robić a rower poszedł na bok, tak samo tez stało się z pływaniem na desce nad morzem, nad morze zacząłem jeździć tylko po to by pić i spać.

To wszystko spowodowało zmianę mojego stylu życia, przytyłem 20 kg, i przestałem być aktywny fizycznie, pamiętam jak miałem do wyboru jechać do kina albo zostać w domu to zostawałem w domu i piłem. Jak pojechałem nad morze to piłem i nic nie robiłem. Zdarzało mi się że jechałem na trzy dni sam i izolowałem się od wszystkich i tylko piłem i sen był jedyną przyjemnością. Pamiętam jak manipulowałem otoczeniem i kłamałem że mam wyjazd służbowy a ja jechałem gdzieś pić na umór. Zmienił się mój wygląd i forma spędzania wolnego czasu a co za tym idzie unikałem znajomych i piłem w samotności.

Picie stało się najważniejsza rzeczą w moim życiu, zaczynałem około 17 jak zaczynałem gotować a kończyłem o 22 jak zasypiałem rano kac i przetrwanie i meczenie się do 17 a potem znów picie i tak przez 4 lata, a w weekendy picie od piątku do niedzieli a w niedziel znów kac i przetrwanie do 17 i znów picie i tak przez 4 lata…..

Zdarzyło mi się że po powrocie z wyjazdu i piciu przez trzy dni po prostu umierałem w łóż i nie byłem w stanie wstać do łazienki czy do kuchni nie wspominając żeby coś się napić lub zjeść, apetyt wrócił po dwóch dniach. Ale tez pamiętam jak pijać miałem zwiększony apetyt i piłem i jadłem w ten sposób spędzając wolny czas i oglądając jeszcze TV. Mój dom stał się moim więzieniem. A patrząc w lustro widziałem spuchniętą twarz i brzuch jaki mi wisiał, czułem wstręt i obrzydzenie i zaczynałem pić i miałem wszystko w d……

Picie przestało przynoście ulgę zaczęło mnie męczyć, zniewoliło mnie i odebrało to co wcześniej robiłem stałem się zakładnikiem alkoholu. Pamiętam jak piłem trzy dni od rana do wieczora i złapał mnie kac w nocy zacząłem się pocić serce zaczęło walić a ja byłem przekonany że umieram, pojechałem autem by się uspokoić ale to nie minęło przeszło jak się napiłem bałem się przestać pić bo dopadały mnie te lęki i piłem dalej ale one i tak mnie dopadały tylko później. Więc zacząłem brać leki uspakajające, ale tak sobie działały potem wpadłem na pomysł by brać leki na sen i skończyło się tym że brałem leki uspakajające, tabletki nasenne i piłem aż przyszedł moment kiedy miałem już dość potężny kac, lęki, nie byłem w stanie dojść do apteki. Ludzie wydawali mi się jacyś obcy inni a dźwięk mnie zabijał przeszywał mojej ciało a ja nie wiedziałem czy śnie czy to jest prawda. Dotarłem do apteki cały roztrzęsiony i kupiłem leki uspakajające połknąłem może 5, 6 tabletek i poszedłem do domu ukryć się w czterech ścianach i tak siedziałem cały dzień i całą noc. To był piątek 27 sierpnia 2011 roku i od tego czasu nie piję….
_________________
Lenovo
 
 
 
Suchy 
przyjaciel forum
ciemnogrodzianin :)



Pomógł: 89 razy
Wiek: 53
Dołączył: 30 Kwi 2007
Posty: 2397
Wysłany: Sob 26 Lis, 2011 20:05   

Mam 50 lat , jestem mężem , ojcem dorosłych już dzieci ...
Zasadziłem parę drzew , pobudowałem dom ....uważam się za szczęśliwego człowieka .
Szczęście zawdzięczam Bogu bo moim udziałem stało sie nawrócenie , dzięki któremu Bóg uzdrowił mnie z mojego alkoholizmu.
Pamiętam pierwsze swoje upicie , podobno każdy alkoholik je pamięta.
Pierwszy raz upiłem się w 7 klasie szkoły podstawowej na Sylwestra , pamiętam dokładnie każdy szczegół z tego wydarzenia , chłeptanie wina z talerza aby szybciej rozebrało , kolegów , sytuacje , jak kręcił mi się sufit i meble , uczucie ździwienia , że to w ogóle jest możliwe ,pawia pomarańczowo czekoladowego na ścianie , wstyd wobec rodziców i obrzydzenie jakie miałem przez co najmniej rok na widok wina .
A jednak .......uzależniłem się od alkoholu .
Oczywiście nie od razu
Jestem jedynakiem , a zawsze chciałem mieć rodzeństwo , rodziców miałem normalnych , mamę umiejącą uzewnętrznić swoja miłość , ojca oschłego i ganiącego , który nie był wylewny w wyrażaniu swoich uczuć , chociaż wiem , ze mnie kochał i kocha nadal . Rodzina katolicka , wiara kościelno niedzielna tak bym określił religijność w mojej rodzinie .
Od zawsze miałem kompleks niskiego poczucia własnej wartości , do czego w istotny sposób przyczyniło się jąkanie się i chudość ciała co powodowało , ze czułem się źle wśród rówieśników .
Dość szybko pojawiło się w moim życiu poczucie osamotnienia .
Wiara nie dawała mi poczucia jedności z Bogiem i ludźmi .
Od wiary katolickiej odszedłem świadomie w szkole średniej .
Jedną z przyczyn upatrywałem w niemożności i lęku przed spowiedzią a konkretnie trudnością w wyznaniu jednego grzechu , który popełniałem nagminnie ....... .
Pustkę po odrzuceniu starałem się wypełnić poszukiwaniem sensu życia w religiach wschodu jodze i buddyźmie zen . Praktykowałem sam ....nie dawało to jednak jakiś wymiernych korzyści , jedności ze światem jak tego oczekiwałem a moje poczucie osamotnienia i izolacji tylko pogłębiało się.
Nie miałem przyjaciół od serca , nie potrafiłem nawiązać relacji z dziewczynami .
To pogłębiało poczucie niskiej wartości a jednocześnie czyniłem się we własnych wyobrażeniach kimś ważnym i wyjątkowym , niedocenianym przez otoczenie.
Niemożność i lęk przed pokazaniem kim naprawdę jestem pogłębiały frustrację i dalsze zamykanie się w swoim wyimaginowanym świecie ......

Dość szybko odkryłem , ze remedium na te dolegliwości stanowi alkohol .
Parę piw wypitych w gronie kolegów leczyło kompleksy skutecznie i wyrywało mnie z izolacji.
Z czasem alkohol zacząłem pić regularnie już nie tylko w gronie kolegów ale i w swoim wyłącznie towarzystwie.

Okres studiów to czas pogłębiającej się izolacji od ludzi , ucieczki od trudności i regularne wspomaganie się lekiem na wszystko : piwem .
Ten czas to okres całkowitego zerwania z Kościołem na każdej płaszczyźnie : nie chodziłem na msze , nie przyjmowałem sakramentów , tworzyłem sobie własne wyobrażenie świata duchowego opartego ma religiach wschodu , gdzie pojecie Boga tak naprawdę rozmywa się , nie jest istotna jego osobowość jako stwórcy i wspomożyciela , nadającego sens życiu , ale istotą duchowości osiąganej przez afirmacje transcendentalna , staje się tak naprawdę złudnym oparciem na samym sobie i na jakiejś energii kosmicznej mającej zapewniać jedność wszystkiego .

W 2 lata po ukończeniu studiów ożeniłem sie z wspaniałą kobietą .......
Chyba czuwał nade mną Bóg którego odrzucałem , bo nie wyobrażałem sobie , ze kiedykolwiek moge być mężem i ojcem . Lęk przed przyszłością jaką odczuwałem został zminimalizowany wspólnego przejścia przez życie po raz pierwszy z druga osobą ....

Trudności życia we dwoje , różne wzajemne oczekiwania wyniesione z domów rodzinnych , nieumiejętność otwarcia się na najbliższego człowieka , powodowały , ze coraz bardziej wspomagałem się alkoholem.
Małżeństwo nic nie zmieniło w moim podejściu do wiary i religii w której się wychowałem .
Byłem wprawdzie po ośmiu latach u spowiedzi bo tego wymagano ode mnie i przyjąłem komunię , ale spowiedź nie była szczera a komunie przyjąłem z poczuciem winy , że nie jestem jej godny , bo gdzieś tam w głębi serca wiedziałem , ze źle robię .
Dzieci nie wychowywałem w wierze , nigdy nie widziały mnie modlącego się , sakramentów nie przyjmowałem nawet podczas chrztu własnych dzieci .

Moje uzależnienie od alkoholu pogłębiało się choć o tym oczywiście nie wiedziałem......
Alkohol a konkretnie piwo towarzyszyło mi w każdej praktycznie sytuacji .
Pracę mam samodzielna bo mam wolny zawód i kontroluję sam siebie .
Z czasem nie potrafiłem dnia rozpocząć bez piwa ....paraliżujący lęk przed życiem pojawiający się już po obudzeniu usuwał na parę godzin skutecznie On , nowy powiernik i wspomożyciel w ilości płynu w mieszczącego się w 2 niepozornych butelkach . Towarzyszył mi w pracy podczas wyjazdu w teren , przy pracy przy komputerze , podczas wypoczynku i obowiązkowo przed snem .....Niwelował poczucie strachu przed życiem i dawał złudne poczucie bezpieczeństwa oraz wrażenie , ze radzę sobie ze wszystkim doskonale sam .
Moje życie rodzinne rozpadało się ....dwa światy ludzi żyjących niby ze sobą a tak naprawdę obok siebie .
Poczucie żalu do żony i najblizszych , poczucie wykorzystywania , tłumionej w sobie agresji do świata i siebie a wyrażanej często w formie ironii w rozmowach z najbliższymi i innymi ludźmi , wszechogarniającą samotność i poczucia utraty sensu życia a jednocześnie strach przed utratą czego co mam ; domu , pracy , rodziny - to obraz mojego wnętrza.
Praktycznie skoncentrowany byłem tylko na pracy , zarabianiu pieniędzy i próbach utrzymania się na powierzchni życia . Moja rola jako ojca i męża ograniczała się do dostarczenia pieniędzy .
Wychowaniem dzieci , dbałością o dom o jakieś kontakty z ludźmi znajomymi zajmowała się praktycznie żona..

Moment krytyczny dla mnie nastąpił w ostatnią niedzielę stycznia 2006 r.
Tego dnia próbowałem samodzielnie wyjść z zespołu abstynenckiego ...to taki stan w którym przyzwyczajony do alkoholu organizm domaga się swojej codziennej dawki ....trzęsące się ręce i całe wnętrze , depresja , poczucie lęku do tego stopnia , ze boisz się przejść przez ulicę albo odebrać telefon .
Każda cząstka twojego ciała żebrze o ten jeden łyk , dający nie upojenie , ale ulgę która uwolni cię od tego wszystkiego , choć na parę chwil , godzinę ....do następnej pięćdziesiątki ....nie po to by poczuć upojenie ale normalność , która pozwoli żyć w tym momencie .
Tak właśnie się czułem , jak niewolnik , który cenił sobie wolność myśli , intelektu , nagle zależy od łyka jakiejś substancji , która dla niego staje się czymś najważniejszym . Wszystkie uczucia , wartości kierują się na tym jednym łyku ....to pan i władca a ty zdradzony i opuszczony i niezdolny bez niego do życia sługa , niewolnik . Z nim źle bez niego jeszcze niewyobrażalnie gorzej......

Zabiegałem w taki stanie tego dnia z nartami na nogach i słuchawkami na uszach to swoje piekło, aby zmęczyć się paść aby tylko przerwać ciąg i dać sobie radę bez tego łyka .....
W słuchawkach radia niespodziewanie usłyszałem wypowiedzi moherowych beretów z radia Maryja .
Dziwnym trafem żadna inna stacja nie odbierała . Uderzyła mi w głosach tych ludzi ich wiara i to jak mówią o Bogu , słuchałem z uwagą .....a nawet poczułem zazdrość , że oni mają to coś czy też kogoś w życiu , a ja nie mam już nikogo . Od Boga odszedłem , wyparłem się Go praktycznie a niczym nie zastąpiłem . Poczułem przemożną chęć powrotu do Niego i wstyd , że nie ma Go juz w moim życiu . Takie poczucie , zwrócić się go niego bo inaczej byłbyś hipokrytą gdybyś to zrobił .

Tego dnia przyznałem się przed sobą samym , ze już nie daję sobie rady sam , że wali się cały mój świat a ja nic nie potrafię zrobić , żeby to zatrzymać . Przyznałem się żonie do swojego uzależnienia i po raz pierwszy w życiu poprosiłem ją o pomoc.

Za 2 tygodnie dzięki niej i koledze który 4 lata przedtem był na tzw odwyku byłem już na całodobowym oddziale Terapi Uzależnienia od Alkoholu w Łukowie
Tam po raz drugi pozwoliłem sobie pomóc , przyjąłem zasadę , ze nie mędrkuję , ale robię dokładnie to czego ode mnie będą tam wymagać aby wyrwać się z uzależnienia.
Istotą terapii jest praca nad własnym Ja - pisanie prac o sobie aby uzmysłowić sobie swoje uzależnienie , poznać jego mechanizmy oraz jak je rozbroić , aby otworzyły się oczy na to kim jestem , jak krzywdziłem przez swój alkoholizm najbliższych mi ludzi i by rozbudzić na nowo zapitą gdzieś duchowość ....bo alkoholizm to choroba nie tylko ciała , ale uczuć , ducha i duszy . Tam od innych alkoholików dowiadujesz się prawdy o sobie o swoich manipulacjach , swoim egoiźmie , nieuczciwości , zakłamaniu czyli tym wszystkim co jest cechą choroby alkoholowej .
W Łukowie jednym z terapeutów którzy tam prowadził zajęcia był ks. nomen omen Kieliszek , który prowadził zajęcia z duchowości . Zaintrygowało mnie to , że duchowość można w ogóle łączyć z wiarą , co było dla mnie negatywnie nastawionego do tej pory do katolicyzmu pozytywnym zaskoczeniem . Od innej terapeutki , młodej , ładnej i początkującej w zawodzie przyswoiłem sobie zdanie skierowane do mnie : Mirek , bez wiary w Boga , osobom uważającym się za ateistów jest trudno wyzdrowieć ....oraz drugie juz nie do mnie ale do kolegi o tym , ze ludzi z sercem na dłoni inni ludzie nie krzywdzą Możecie wierzyc lub nie ale te dwa zdania stały sie początkiem mojego przebudzenia duchowego , a to drugie jakby mottem na życie ......Cóż Bóg przecież działa nie inaczej niz przez ludzi .

Po 7 tygodniach terapii wróciłem z postanowieniem zmian w swoim zyciu i strachem , ze po zdjęciu parasola ochronnego w realnym życiu nie dam sobie rady bez alkoholu i wrócę do picia . Tyle tam nasłuchałem sie o nękajacych alkoholikach głodach alkoholowych i koniecznosci pracy duchowej nad soba , ze strach byłoby się po prostu nie bać....
Tymczasem rzeczywistość okazała sie inna nie miałem problemów z powrotem do normalnego życia , nie odczuwałem też głodów alkoholowych .....odebrałem to jako kredyt udzielony mi przez Boga ...bo juz postanowiłem , ze wracam do wiary i Boga , nie wiem jeszcze jak , ale wracam .
Zapragnąłem wtedy Boga nie jako jakieś formy znanej mi z medytacji zen czy Jogi , ale Boga Osobowego o jakim uczyłem sie na lekcjach religii , Boga którego odrzuciłem .
Tę drogę nakazywała mi nie tylko wdzięcznosć ale i rozum a przede wszystkim zdrowy rozsądek , bo skoro jak mówi program Anonimowych Alkoholików : uwierzenie , ze siła większa od nas samych może przywrócic nam zdrowie i powierzenie zycia i woli opiece Boga jakkolwiek Go pojmujemy , jest warunkiem wyzdrowienia z alkoholizmu , to muszę i chcę iśc tą sprawdzoną drogą .

Zapragnąłem jednak poznać Boga nie jakkolwiek mam go pojmować ale konkretnie jako Osoby . Zacząłem czytać na ten temat . W ręce wpadła mi książka ks. Tischnera o twarzy Boga , o tym , ze Boga osobowego którego szukam można poznać tylko przez Jego syna Jezusa , bo Jezus jest Jego twarzą , twarzą Ojca. .....
To mnie w pewien sposób ukierunkowało , zacząłem uczyć się modlitw katolickich , tych najprostszych : Ojcze nasz , Zdrowaś Mario , Pod twoją obronę ...zasad wiary , przykazań....
ze zdziwieniem odkryłem , ze ja człowiek inteligentny i oczytany za jakiego sie uważałem tak naprawdę nie znam wiary moich ojców . Pomimo , ze kiedyś chodziłem do kościoła , byłem u 1 komunii , to nawet nie zdawałem sobie sprawy , ze jest Bóg w trzech osobach....śmieszne ? , może , niby wiedziałem ale , że Duch Święty jest Bogiem , ale to dotarło dopiero teraz , a przecież potrafiłem się przeżegnać w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego ....
Przypomniałem sobie sytuacje sprzed terapii gdy słyszałem ludzi mówiących o Bogu w Radiu Maryja i dotarło do mnie , ze wiary i Boga trzeba szukać w ludziach i poprzez ludzi a nie z książek .
Poszedłem na spotkanie Bractwa Trzeźwości przy kosciele farnym bo wiedziałem , ze tam kobiety których mążowie piją nie tylko użalają się nad swoim losem i pomagają sobie nawzajem , ale także modlą się . Pamiętam swoja reakcje podczas modlitwy , gdy odmawiały wspólnie modlitwę Pod twoja obronę .....znacie ten stan gdy wstydzisz się za kogoś ? Tak właśnie miałem - wstydziłem się za te kobiety , bo się modlą , a tak naprawdę to wstydziłem się tego , ze mógłbym tak i ja ...Taki był stan mojego ducha , teraz wiem , ze toczyłem swego rodzaju walkę duchową , a właściwie to Bóg toczył ją o mnie we mnie samym ......

Bóg działa przez przez ludzi ...
po spotkaniu następnego dnia podeszła do mnie Ula , koleżanka z pracy , która była wtedy na spotkaniu i powiedziała do mnie ; Mirek słyszałam , jak mówiłeś , że szukasz Boga , przyjdź na rekolekcje do kościoła Zbawiciela Świata w dniu 26 września .

Poszedłem ...okazało się , ze trafiłem na Rekolekcje Odnowy w Duchu Świętym ....i nie uciekłem chociaż trzeba było już się zapisywać do grup dzielenia ...być może gdyby nie to ,następnym razem bym nie przyszedł , ale przezcież w końcu zapisałem się wstyd byłoby mnie trzeźwiejącemu alkoholikowi stchórzyć i nie przyjść.

Dzięki Odnowie zaczął się nowy etap mojego życia duchowego , już konkretnie ukierunkowanego na Chrystusa , na katolicyzm , ale i na samodzielną radosna modlitwę dziękczynną i uwielbiającą Boga .
Na REO warunkiem uczestnictwa w mszy świętej o uzdrowienie jest oczywiście odbycie sakrament pokuty i pojednania . Po spotkaniu zaraz podszedłem do ks Roberta i powiedziałem , ze 19 lat się nie spowiadałem ...
Co w związku z tym proponujesz ? usłyszałem . Proszę jutro o spotkanie bo przy konfesjonale nie będę w stanie tego zrobić . 19 lat rozbratu i uciekania od Boga ....gdybym wtedy nie podszedł i odwlókł to w czasie pewnie po prostu nie ukończyłbym REO . Cóż odwlekanie problemów na później aby ich nie rozwiązać wcale albo uciec od nich , to moja specjalność.....
Wierzę , ze Bóg działa przez ludzi , gdyby wtedy Robert się nie zgodził albo wyznaczył dłuższy termin to mogłoby być różnie ....
Z Odnową jestem teraz związany silnymi więzami duchowymi.
Tam formował i formuje się nadal mój sposób patrzenia na wiarę i religię .
Tam zapoznałem się z modlitwą słowem Bożym , pokochałem ją i stała sią ona moim chlebem powszednim jakkolwiek by to nie brzmiało . Codziennie czytam i rozważam to co mówi Kościół do swoich wiernych . Modlitwy medytacyjna a później kontemplacyjna jako normalny etap mojego rozwoju duchowego , zastąpiły mi kiedyś medytację transcendentalną która niegdyś praktykowałem , a która nie przynosiła mi żadnych korzyści bo nie umożliwiała kontaktu z Bogiem a jedynie zagłębianiu się w tak naprawdę w nieznane i niewiadome...
Zacząłem modlić się własnymi słowami , rozmawiać z Bogiem głosno i bez wstydu . Naturalną konsekwencją tego był dar modlitwy językami jako forma modlitwy dziękczynnej którą do Boga Ojca kieruje Duch Święty w moim imieniu

Na modlitwie o wylanie Darów , prosiłem o dary wiary i miłosierdzia .
Po 6 latach mojej formacji rozumiem , ze dar wiary nie jest raz danym , o niego trzeba się troszczyć i go pielęgnować przez modlitwę osobista i uczynki , bo bez tego zostaje ona martwa.
To pojęcie i rozumienie wiary było dla mnie zaskoczeniem , bo nie takie miałem o niej wyobrażenie . Pomimo modlitw i medytacji czułem , ze coś jest ze mną nie tak , coś mnie blokuje, nie ma we mnie radości bycia z Bogiem na modlitwie . Medytuję i modlę sę a nie mam z tego korzyści jakich oczekiwałem . Chciałem wtedy sam kierować tym jaki mam być bez długiej i może i bolesnej drogi powierzania Bogu swojego życia i siebie .
W czasie rekolekcji o Grzechu w Głotowie , podczas modlitwy wstawienniczej odmawianej nade mną , powiedziałem kapłanowi prowadzącemu modlitwę o swoich oczekiwaniach wobec Boga .
Miał widzenie Chrystusa w białej szacie schodzącego z krzyża , obejmującego moje nogi i proszacego o przebaczenie .... Nawet teraz nie potrafię pisać tego bez wzruszenia ....mnie grzesznika tyle lat Jego sie wypierającego . Podczas samotnej drogi krzyżowej zrozumiałem o co Jezusowi chodziło .... tak naprawdę to ja jeszcze bowiem nie przebaczyłem Bogu , tych lat mojej samotności , a przecież wybaczenie jest początkiem wszystkiego , bez tego nie ma mowy o miłości nie tylko do Boga ale i ludzi . Ten gest pojednania a przede wszystkim miłosierdzia Boga względem mnie , to moje kolejne przebudzenie duchowe.
Zrozumiałem , alkoholizm był jedynie bolesnym narzędziem , który miał mnie do Niego zbliżyć , abym u Boga szukał pomocy , aktem jego miłosiernej miłości wobec mnie , bolesnej dla mnie i niestety dla moich bliskich , ale widać jedynej i właściwej abym przejrzał.

Dzięki wierze i miłości Boga uzdrowiły się moje relacje z ludźmi . zacząłem spoglądać na świat innymi oczami . Zapragnąłem kontaktu z ludźmi , aby dawać im od siebie uśmiech i radość , bo wiem , ze tak działa Bóg ...poprzez ludzi ....Gdy bierzesz od nich to dzięki Niemu pragniesz również dzielić się sobą , swoją wiara, a tak naprawdę to Nim w sobie .
Wiem o tym bo doświadczam na sobie , ze ludzie to odwzajemniają bo jak mi powiedziała terapka w Łukowie : ludzi z sercem na dłoni inni ludzie nie ranią .
Zrozumiałem , że to dzięki miłości Boga uzdrowię swoje relacje z żoną i dziećmi ....
Długie nasze spacery i rozmowy , próby przekonywania nie tylko słowami ale postępowaniem wobec niej owocują w końcu . że po latach wzajemnych pretensji potrafimy wyznać sobie znowu miłość ......
To Bóg we mnie uzdrowił .... i jeszcze jedno otrzymałem potrzebę a może dar nawet i wspólnotowości i słuzby . Ja samotnik , ironista i egocentryk , czuję teraz potrzebę i radość z przebywania z ludźmi . Uśmiech , dobre słowo , krótka zozmowa z przygodnie spotkanym człowiekiem , wysłuchanie co ma do powiedzenia to skutki tego daru , które u siebie obserwuję.
Pewnie nie mówił bym o tym teraz Wam gdyby samemu mnie o tym nie przekonywało wielu ludzi , bo trudno samemu w to uwierzyć , zwłaszcza jeśli tak jak ja jest się sceptykiem przez długie lata..
_________________
Łaską jesteście zbawieni przez wiarę..... abyście spełniali dobre czyny , które Bóg dla was przewidział
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Strona wygenerowana w 1.66 sekundy. Zapytań do SQL: 11