Mimo
moich "dopiero" 52 lat życia muszę cofnąć się aż o 40 lat,
aby sięgnąć pamięcią pierwszego kontaktu z alkoholem. To, że operuję dziesiątkami
lat, opisując przeszłość, nie wprawia mnie w stan przygnębienia, żalu
czy rozpaczy, "jaki to ja jestem stary". Przeciwnie, dzisiaj
cieszę się z życia tak bogatego w doświadczenia, a przede wszystkim z
tego, że udało mi się ocalić, wyrwać z piekła czynnego alkoholizmu te
ostatnie 14 lat 8 miesięcy i 6 dni!
Miałem
13 lat. Spędzałem wakacje z dala od rodziców, z dala od rodzinnego Poznania,
w zupełnie nowym dla mnie świecie polskiej wsi, gdzie panowały odmienne
obyczaje, inaczej traktowano dzieci. W domu nie do pomyślenia było, żeby
dzieciaki częstować alkoholem, nawet przy różnych uroczystościach, gdzie
ten alkohol bywał stałym gościem. Był zarezerwowany dla dorosłych, dla
tych, którzy "mogą pić", czyli dla "prawdziwych mężczyzn".
Tam na wsi było inaczej. Na weselu sąsiadów znalazłem się przypadkowo,
prawdopodobnie dlatego, że nie mieli co ze mną zrobić. Alkoholu było całe
morze! Skrzynki z wódką w ilości dla mnie niewyobrażalnej. To tam, na
tym weselu po raz pierwszy w życiu upiłem się. Mógłbym oczywiście napisać
"upito mnie" - i byłoby to bliższe prawdy. Jednak w tej historii
mojego picia mniej istotne jest roztrząsanie obyczajów, moralności i świadomości
społecznej oraz ich wpływu na rozpijanie dzieci i młodzieży. O tym warto
może byłoby napisać osobno. Dla mnie ważne jest przypomnienie sobie tego,
co się wówczas ze mną działo, jak się czułem i jaki wpływ ten pierwszy
kontakt z alkoholem miał na moje dalsze losy.
Pierwszy kieliszek wódki był wstrętny. Następny już mniej wstrętny. Trzeci
i czwarty zaczął smakować, a kolejne wchłaniałem szybko, jeden po drugim.
Wódka była "aż słodka"! I tak do trzynastego kieliszka. To mi
utkwiło w pamięci, że wypiłem 13 kieliszków, około pół litra wódki! Miałem
wówczas 13 lat!
Pijąc, czułem w sobie nieznaną mi dotychczas moc, zachwyt nad sobą, światem,
serdeczność i życzliwość do ludzi, do wszystkich ludzi... Pamiętam dokładnie
- dziś, po 40 latach - ten stan podniecenia, jakby wyższej świadomości,
ten inny upragniony świat, gdzie wszystko jest miłe, dobre, piękne i wzniosłe.
Przywodzi mi to na myśl definicję uzależnienia jednego z moich ulubionych
terapeutów, Lee Jampolskiego, który w jednej ze swoich książek napisał:
"Uzależnienie jest stałym poszukiwaniem szczęścia poza sobą, pomimo
braku satysfakcji. Mówiąc ściślej, uzależnienie to stała, uporczywa gonitwa
za czymś, co niezmiennie wywołuje konflikt i ból. Osoba uzależniona pragnie
czegoś więcej, niż zazwyczaj przynosi nam życie i jest przekonana, że
to coś istnieje".
Ten cudowny stan po alkoholu trwał krótko, może godzinę albo dwie, a po
nim bardzo szybko, zaraz po przebudzeniu się z "urwanego filmu",
przyszedł konflikt i ból. Przytomność straciłem chyba jeszcze przy weselnym
stole. Jak przez mgłę pamiętam, że znalazłem się nad jakimś stawem, chciałem
wymiotować, głowa mi pękała z bólu - i potem pustka, czarna dziura. Obudziłem
się na sianie w stodole, gdzie przespałem podobno 48 godzin. Ciekawe:
bardzo szybko zapomniałem o tych fizycznych męczarniach spowodowanych
zatruciem alkoholem, a stosunkowo szybko zacząłem wracać pamięcią do euforycznych,
przyjemnych stanów w trakcie picia.
Alkoholu nie tknąłem chyba przez 2-3 lata, ale miałem zakodowane w mózgu
te doznania, one się tam zagnieździły i dały znać o sobie, kiedy pod koniec
podstawówki w gronie 15-letnich absolwentów padło hasło, żeby winem uczcić
otrzymanie świadectwa ukończenia szkoły. Byłem jednym z prowodyrów i organizatorów
tego przedsięwzięcia. Po wypiciu sporej - wziąwszy pod uwagę nasz wiek
- ilości wina, chłopcy gdzieś się rozeszli, a ja prawdopodobnie musiałem
wypić więcej, bo obudziłem się w parku Cytadeli. I znów wymioty, ból głowy,
poczucie winy i wstyd. Wtedy mowy nie było o piciu "na kaca".
Wstręt i obrzydzenie do alkoholu trwały bardzo długo. Dopiero po kilku
latach, pod koniec technikum, nauczyłem się od starszych, bardziej zaprawionych
w piciu kolegów, że wypicie piwa, szklanki wina lub nawet kieliszka wódki
nazajutrz po upiciu się - sprawia cud! Znika ból głowy, przechodzi kacowe
otumanienie, umysł staje się błyskotliwy, wraca chęć do życia... i do
następnego picia!
To od tego czasu liczę mój aktywny alkoholizm. Miałem wtedy 18 lat. Oczywiście
jest to chronologia umowna, bo dobrze wiem, że nie w tym dniu stałem się
alkoholikiem. Równie dobrze mógłbym powiedzieć, że jestem alkoholikiem
od zawsze, od urodzenia, a może nawet jeszcze wcześniej?!
Myślę, że jest dużo prawdy w stwierdzeniu mojego przyjaciela z grupy,
który w swoim "piciorysie" zamieścił takie, wówczas bardzo mnie
intrygujące, zdanie: "Byłem alkoholikiem, zanim wypiłem pierwszy
kieliszek alkoholu". Dzisiaj to rozumiem i zgadzam się z tym, że
najpierw była niezgoda na świat, na siebie samego, poczucie inności i
izolacji, poszukiwanie tego czegoś, co by uczyniło życie piękniejszym,
łatwiejszym, przyjemniejszym. Dopiero później przyszło uzależnienie od
kieliszka, od alkoholu.
I z tego logiczny wniosek, że zaprzestanie picia, uporanie się z czynnym
uzależnieniem to dopiero pierwszy - niezbędny i często ratujący życie
- warunek i zaczątek właściwego leczenia. Ta choroba ma swoje siedlisko
w duszy, w sercu, w mózgu, w chorych emocjach, nawykach, stereotypach
reagowania. I właśnie te najgłębsze, najwrażliwsze, najbardziej intymne
obszary osobowości trzeba leczyć. Ale czy ja coś o tym wówczas wiedziałem?
Mając 20, 25, 30 lat nie miałem zielonego pojęcia o alkoholizmie, o sobie,
o życiu, o świecie. A jeśli jakąś wiedzę posiadałem, to była ona fałszywa,
zgubna i nieaktualna. Na przykład dopiero w wieku 33. lat dowiedziałem
się, że to choroba, "najzwyklejsza i najnormalniejsza pod słońcem
choroba", uznana przez świat nauki i potwierdzona oficjalnie przez
Światową Organizację Zdrowia.
Dotychczas wyrażałem pogląd, że alkoholizm to przypadłość ludzi z marginesu
społecznego, słabeuszy o wątpliwym kręgosłupie moralnym i psychicznym,
świadcząca o słabej woli i braku odpowiedzialności za siebie i swoich
bliskich. Bezwzględnie zasługująca na potępienie. Wiedziałem, że alkoholik
to osobnik o odrażającym wyglądzie, zaniedbany, niewykształcony, bez ambicji,
wiecznie zapijaczony, często żebrzący i poszukujący pożywienia w śmietnikach.
Także moi bliscy - matka, ojciec, starsi bracia, wujowie i ciotki - mieli
podobne zdanie o alkoholizmie. Jakże więc mogłem uznać się za alkoholika?!
Przecież funkcjonowałem zupełnie inaczej: po zdaniu matury dostałem się
bez problemu na studia, których wprawdzie nie ukończyłem, ale nauka przychodziła
mi łatwo, bez problemów zdawałem kolejne egzaminy. Przypominam sobie co
prawda, że często wypijałem kilka koniaków przed pójściem na egzamin.
Pozwalało mi to czuć się rozluźnionym, swobodniejszym, mówiłem z polotem,
bez zahamowań i skrępowania.
Po drugim roku studiów filologii romańskiej poznałem kobietę. Fakt, że
była ona Francuzką, że mogłem przy niej szlifować język, że pojawiła się
perspektywa wyjazdu do kraju moich marzeń (wówczas) - wszystko to nie
pozostało bez wpływu na wybuch tej pierwszej, wielkiej i szczerej miłości.
Tak więc w wieku 23 lat znalazłem się we Francji. Dotychczas byłem studentem
"przy mamie", bez żadnych obowiązków życiowych oprócz nauki,
nie musiałem martwić się o czynsz, o żywność, o ubiór, nawet książki mi
kupowano. Nie miałem pojęcia, co to znaczy odpowiedzialność za rodzinę,
żadnego poważniejszego doświadczenia w zarabianiu na życie. Troszkę pieniędzy,
które gdzieś tam sobie zarabiałem, przeznaczałem wyłącznie na przyjemności.
A przyjemnością numer jeden było przesiadywanie w drogich lokalach (piekiełko
"Merkurego" czy kawiarnia "Polonia") przy stoliku
zastawionym baterią piwa.
I taki to osobnik ożenił się z dojrzałą (choć w równym wieku) kobietą,
matką trójki dzieci. I taki to osobnik miał zastąpić tym dzieciom ojca,
a dla ich matki być odpowiedzialnym mężem dającym wsparcie w trudnych
chwilach.
I taki to osobnik znalazł się w kraju, gdzie na każdym domowy stole pojawiał
się co najmniej dwa razy dziennie alkohol. Wino było wszechobecne, a jego
codzienna konsumpcja była czymś tak powszechnym, jak w Polsce picie herbaty!
I stało się to, co musiało się stać: mój alkoholizm, trafiając na wybitnie
sprzyjający grunt, rozwijał się w zastraszającym tempie.
Codzienne picie było czymś normalnym, akceptowanym i chyba nawet pożądanym,
wziąwszy pod uwagę, że na trzeźwo byłem dość niemrawy, małomówny, mało
aktywny, raczej smutny i niezbyt towarzyski. Za to pod wpływem nawet małej
ilości alkoholu stawałem się innym człowiekiem: byłem duszą towarzystwa,
chętnie bawiłem się z dziećmi, byłem miły dla żony, jej przyjaciół i rodziny.
Byłem lubiany wśród kolegów w pracy, również przez większość pracodawców.
Ale jak można się domyślić, działo się tak do czasu! W miarę jego upływu
i coraz większych ilości wypijanego alkoholu zaczynałem być agresywny,
wybuchowy, roztrzęsiony, pełen pretensji, niedobry dla dzieci, oschły
dla żony. Nie sposób tu opisać wszystkiego, co się wówczas zdarzało, ale
przytoczę chociaż kilka epizodów, które w sposób szczególny utkwiły mi
w pamięci i są w moim rozumieniu książkowym odzwierciedleniem objawów
mojego alkoholizmu.
Mimo że większość czasu spędzałem z kolegami na piciu, włócząc się po
kafejkach i barach, zupełnie zaniedbując dzieci i sprawy związane z ich
wychowaniem, problemami szkolnymi etc. - potrafiłem jednak wrócić pijany
do domu koło północy i powyciągać dzieci z łóżek, żądając, żeby pokazały
zeszyty. I zabierałem się do sprawdzania lekcji! Do dziś widzę ich wystraszone
oczy... Po latach, już w Polsce, dowiedziałem się z literatury o czymś
takim jak "syndrom Otella", o chorobliwej zazdrości alkoholików.
Tego doświadczyłem także. I o wiele boleśniej doświadczyła tego moja żona.
Przykładów szalonej, chorobliwej zazdrości mógłbym tu wymienić wiele.
Opiszę jeden, bodajże najbardziej drastyczny.
Byłem w domu, dzieci już spały, czekałem z kolacją na żonę, która miała
wrócić z pracy. Pracowała w restauracji, całkiem porządnej, ciężko zarabiając
pieniądze na nasze utrzymanie. Ja pracowałem nieregularnie, często zmieniałem
pracę, znaczną część zarobionych pieniędzy przepijałem. Oczekując jej
powrotu, żeby umilić sobie czas, sączyłem aperitif. Z tego "sączenia"
po godzinie czy dwóch zacząłem być pijany. W mojej głowie pojawiły się
domysły: co też ona tam robi? Z kim jest? Od jak dawna się z "nim"
spotyka? Czym sobie zasłużyłem, aby być w tak haniebny sposób zdradzany?
Spirala chorobliwej, szaleńczej zazdrości nakręciła się do tego stopnia,
że gdy żona - zmęczona po całodziennej ciężkiej pracy - weszła do domu,
została przeze mnie wyzwana od kurew, prostytutek, dziwek i ladacznic.
Gdy próbowała coś tłumaczyć, usłyszała ode mnie, że sam fakt tłumaczenia
świadczy o jej winie. Podarłem na niej suknię, bluzkę, bieliznę i nagą
wypchnąłem za drzwi, na klatkę schodową, aby tam odpokutowała za swoje
haniebne zdrady. Ja piłem sobie dalej. Po jakimś czasie rozpłakałem się
nad swoim losem, poczułem też wspaniałomyślną litość i miłosierdzie dla
mojej występnej żony i w akcie szlachetnego przebaczenia wpuściłem ją
do mieszkania. Nazajutrz, jeszcze pijany, powiedziałem do żony coś takiego:
"Chyba potrafisz wyciągnąć nauczkę na przyszłość z twojego postępowania".
Następne alkoholowe zdarzenie dotyczy mojej pracy zawodowej. Imałem się
różnych zajęć: przez rok byłem górnikiem, 1000-1500 metrów pod ziemią,
praca bardzo ciężka fizycznie, w niesamowitym upale, kurzu i ciemnościach.
Poznałem wtedy po raz pierwszy trud robotniczego życia i uznałem to za
cenne doświadczenie. Miałem wtedy 24 lata. Kopalnia znajdowała się w Lotaryngii,
na pograniczu Francji i Niemiec. Dla "osłody" górniczego trudu
dyrekcja fundowała wychodzącym z dołu górnikom do wyboru litr wody mineralnej,
oranżady albo piwa. W pierwszym dniu wypiłem oranżadę, przez następnych
350 dni pracy wypijałem codziennie litr piwa!
Próbowałem pracy w swoim zawodzie, w poligrafii. Jednak w drukarni, gdzie
przez rok obsługiwałem maszyny drukarskie, było zbyt nudno. Nikt nie pił,
wciąż to samo, monotonia - to nie było dla mnie. Za to poczułem się jak
ryba w wodzie, kiedy zacząłem pracę w gastronomii. Wciąż coś się działo,
codziennie inni ludzie, ciekawe rozmowy z klientami, no i oczywiście alkohol!
Przepracowałem około ośmiu lat w różnych barach, knajpach, restauracjach,
dansingach. Także w supereleganckiej restauracji w Paryżu, w smokingu,
muszce, ale wciąż nieodmiennie na rauszu. Do pracy chodziłembardzo chętnie,
głównie dlatego, że zaraz po przyjściu mogłem zupełnie jawnie, bezkarnie
i za darmo wypić 2-3 piwa, co stawiało mnie na nogi po "wczorajszym"
i wprawiało w wyśmienity nastrój. Mogłem już pracować, ręce się nie trzęsły,
stawałem się aktywny, szybki i sprawny.
Jako kelner byłem ceniony. Oczywiście do czasu: kiedy na przykład pojawiło
się Beaujolais Nouveau i wypiłem 5-6 butelek, znaleziono mnie śpiącego
w toalecie i musiałem się z pracą pożegnać. Ale nie był to żaden problem.
Czasem wręcz - podświadomie chyba - prowokowałem takie incydenty, żeby
po zwolnieniu móc odpocząć i przez kilka tygodni lub miesięcy tylko pić.
O następną pracę nie było trudno, szczególnie w tej branży.
W pewnej małej restauracyjce, było to w Genewie, właściciel obdarzył mnie
zaufaniem. Około godziny 21. zostawił mnie samego, powierzając mi klucze
i obowiązek zamknięcia lokalu. Kucharz kończył pracę o 23., ja zostawałem
z ostatnimi klientami, oczywiście cały czas drinkując. Często bywało tak,
że po zakończeniu pracy udawałem się do innych, jeszcze otwartych barów,
kabaretów czy dansingów, żeby tam się dopić. Nad ranem, wyproszony z zamykanego
lokalu, przypomniałem sobie nagle, że przecież mam klucze od restauracji,
w której pracowałem. Nie zastanawiając się wiele, udałem się tam z przypadkowo
poznanymi kompanami i piliśmy na koszt mojego pracodawcy do białego rana.
Właściciel, przyjeżdżając do pracy, zastał lokal szeroko otwarty, a na
stolikach opróżnione butelki. Ja - niczego nie pamiętając - przyjechałem
do pracy koło południa, jakby nic się nie stało. Nie muszę chyba mówić,
że było to nasze ostatnie spotkanie. Do dzisiaj widzę wyrzut i pogardę
w oczach mego szefa, czuję też swój wstyd i poczucie winy. Jednakże wtedy
nie przeszkodziło mi to, żeby natychmiast się upić.
I tak zleciało blisko 15 lat mojego emigracyjnego picia. W międzyczasie
odeszła żona, był pobyt w szpitalu, rozbite samochody, utrata prawa jazdy
i wciąż postępująca degradacja fizyczna, psychiczna i duchowa.
W takim to stanie znalazłem się na pierwszym moim mitingu AA. Był rok
1986, spędzałem wakacje w Polsce. Brat namówił mnie na udział w grupie,
dzięki której nie pił od pół roku. Grupa nazywała się "Ster"
i mieściła się przy ul. 3 Maja w Poznaniu. Podobało mi się tam: inny świat,
inni ludzie. Swobodnie i szczerze mówili o swojej pijackiej przeszłości,
o bólu, cierpieniach, rozbitych rodzinach, żalach topionych w alkoholu.
Niektórzy trafili do więzień, inni tułali się po szpitalach psychiatrycznych,
odwykach, melinach. Ale nie wszyscy. Byli także ludzie wykształceni: lekarz,
adwokat, ksiądz, nauczyciel. Niektórzy funkcjonowali - jeszcze! - całkiem
przyzwoicie, mieli własne domy, firmy, finansowo prosperowali całkiem
dobrze. Tych wszystkich ludzi łączyło jedno: bezsilność wobec alkoholu.
I co ciekawe, byli na różnych etapach przyznawania się do tej bezsilności.
Na różnych etapach degradacji zawodowej, społecznej i rodzinnej. Na różnych
wreszcie etapach powracania do zdrowia, normalnego funkcjonowania, radzenia
sobie z życiem. Jednym słowem na różnych etapach trzeźwienia.
Nie przestałem pić od razu. Pięć lat zajęło mi zmaganie się z własną ignorancją,
pychą, uporem i przekonaniem o mojej wyjątkowości. Detoks, Ośrodek Leczenia
Uzależnień w Charcicach, ambulatoryjna terapia w przychodni i najważniejszy
moim zdaniem codzienny udział w mitingach AA. To zaowocowało trwałą abstynencją,
gruntowną przebudową hierarchii wartości, jakże inną jakością każdego
przeżywanego dnia.
Dzisiaj żyje mi się stokroć lepiej. Akceptuję moją chorobę alkoholową
jako coś nieuchronnego, na co nie mam wpływu. Umiem czerpać korzyści z
tego, co oferuje nowy sposób życia według programu Dwunastu Kroków. Wiem,
jaką radość, zadowolenie i poczucie sensu życia daje niesienie posłania
tym, którzy jeszcze cierpią. Wiem, jaki "pokój może być w ciszy"
medytacji i modlitwy. Wierzę w istnienie Siły Wyższej, jakkolwiek jej
nie pojmuję. Wierzę, że "wszechświat jest taki, jaki być powinien",
i że "nie mniej niż gwiazdy i drzewa mam prawo być tutaj" i
cieszyć się pięknem tego świata, który "mimo znoju i rozwianych marzeń"
jest przecież jedynym, jaki mam. Życie jest piękne.
Przyjaciel
Billa W.
Dodaj jako ulubiony (29) | Zacytuj ten artykuł na swojej stronie | Drukuj | Email
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze. Proszę zaloguj się lub zarejestruj. Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 Polska adaptacja JoomlaPL.com Team AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com All right reserved |