|
Niektórzy alkoholicy, zanim zaczęli pić, nie podjęli rozwoju duchowego
- niedojrzałość nie pozwoliła im rozwinąć sztuki życia i osiągnąć takiej
jego jakości, aby mieć z niego satysfakcję. W niedojrzałości człowiek
skoncentrowany jest na swoim ego: chce brać, doznawać, zaspokajać swoje
głody nową porcją wrażeń. Doświadczanie duchowości umożliwia wejście na
taki etap rozwoju, na którym jest on zdolny dzielić się, dawać, wspierać,
przekraczać własne ego. Ci, uzależnieni, którzy mieli kontakt ze swoją
duchowością choćby w małym stopniu, częściej i szybciej do niej wracają,
widzą w niej szansę dla zdrowienia.
Część
alkoholików jest znudzona monotonią trzeźwienia, szuka czegoś ekstra,
szuka wrażeń. Na jednym ze spotkań grupowych terapeuta alkoholik zaproponował
zebranym, żeby zrobić sobie "urlop od trzeźwości". Duża część
uzależnionych podjęła tę propozycję z entuzjazmem, były oklaski, świetny
nastrój. Byłem zaskoczony, jak łatwo ulegli czarowaniu, magicznemu myśleniu.
Zachęcanie do urlopu od trzeźwości to zachęcanie do urlopu od życia, od
odpowiedzialności za proces własnego rozwoju -a wiemy, czym się to kończy.
Trzeźwieć oznacza przecież zająć się życiem, uczyć się życia. Na szczęście
później grupa zdystansowała się od tego pomysłu.
Obserwuję alkoholików, którzy przyjeżdżają na spotkanie modlitewne, są
szczęśliwi i mówią o swoim szczęściu, o tym, że świetnie się czują, tylko
część z nich nie kontynuuje tego "szczęścia" poprzez podejmowanie
dobrych decyzji, nie angażuje się w rozwój religijny, nie włącza się we
wspólnoty religijne ani społeczne. "Naładowali akumulator" na
jakiś czas i niektórym to wystarczy: zostali poklepani, wymienili uściski,
czują się fajnie. A jak się inni z nimi czują? Oni "zrobili sobie
dobrze", ale czy są w stanie innym dać Dobro? Czy też znowu weszli
w stare buty, choć lekko odświeżone...?
Duchowość
to
wrażliwość na wartości
Duchowość
to Dobro, którego warto pragnąć i o nie się starać. Jednym alkoholikom
brakuje umiejętności, innym wiedzy, a niektórym woli podjęcia rozwoju
duchowego. Część z nich jest skoncentrowana na doznawaniu dobrego nastroju,
co często jest kontynuacją uzależnienia: uważają, że życie wtedy jest
dobre, kiedy się dobrze czują. Ci są jak skała: "nieprzemakalni"
dla Dobra, wszystko w ich życiu ślizga się po powierzchni, a co istotne
po nich spływa. Kiedyś kupowali energię w puszkach i butelkach, tak załatwiali
sobie dobre samopoczucie, dziś domagają się tego od innych ludzi, od grup,
spotkań religijnych. To wielka pułapka - być przywiązanym do przeżyć i
tylko w ten sposób chcieć czuć energię życia.
Ci ludzi nie chcą zmiany, bo zmiana często boli, jest procesem, który
trwa, a oni są nastawieni na szybki efekt. Potrzebowaliby wyćwiczyć dyscyplinę,
która uporządkuje życie, nauczyć się pokory, podejmowania wysiłku wewnętrznego,
pewnej stałości, bez chwilowych zrywów, które są oparte na magicznym myśleniu.
Rozwój człowieka to ciężka praca, żyć godnie - to podjąć pracę polegającą
na zmaganiu z sobą, swoimi słabościami, ale i na rozwijaniu swojego potencjału,
talentów, które wcześniej trzeba odkryć. To kształtowanie wrażliwości
swojego sumienia, bo miarą dojrzałości jest prawidłowo ukształtowane sumienie.
Człowieka stać na świadome życie, jest istotą zdolną do refleksji, decyzji
i działania. W trakcie picia alkoholik nauczył się wszystko minimalizować,
a przecież każdy z nas potrzebuje ideałów, wymagań, wysoko postawionej
poprzeczki, aby nie stracić godności, nie zagubić siebie.
Raz zdradzone ideały pozostawiają w nas zawstydzenie - niektórych ono
mobilizuje, przypomina o bolesnej przeszłości, przestrzega, aby nie byli
tylko konsumentami życia. Inni swoje zawstydzenie omijają z daleka, bo
jest niewygodne i trzeba jakoś je uśmierzyć. Podczas terapii chcą się
pozbyć wszystkiego, co sprawia im przykrość: wstydu, poczucia winy, wyrzutów
sumienia, a wraz z nimi czasem najbardziej podstawowej wrażliwości moralnej.
Komunikaty otrzymywane w czasie terapii nie zawsze są właściwie rozumiane:
"Zadbaj o siebie" niejednokrotnie jest zamieniane na "Czuj
się dobrze", "Teraz wszystko mi się należy, przecież tak długo
i ciężko cierpiałem".
Czy można się dobrze czuć, kiedy prawda o własnym życiu zawstydza, kiedy
jest się winnym wielu cierpień, kiedy człowiek nie rozumie własnej przeszłości
i aktualnego życia? Przecież nie samopoczucie jest tu najważniejsze i
pierwsze, ale prawda i to, co z tej prawdy wyniknie dla dalszego losu
człowieka. Trzeźwość zawsze boli, kiedy podejmuje się porządkowanie swojego
życia. Wystarczy spojrzeć na Dwanaście Kroków AA, tam jest zawarta ścieżka
rozwoju duchowego, jeśli się nią konsekwentnie kroczy, musi zaowocować
nowym życiem. Ilu alkoholików rzeczywiście podjęło rozwój duchowy?
Żyjemy w czasach, kiedy obniża się standardy moralne, zniekształca się
podstawową wrażliwość człowieka, promując spryt, cwaniactwo, wygodnictwo,
nierzadko ośmieszając tych, którzy żyją uczciwie. Konsumowanie życia staje
się coraz bardziej powszechne - niestety, konsumentom grozi znudzenie,
frustracja, niespełnienie, a przede wszystkim uzależnienie od producentów
wrażeń.
Dlatego osoby uzależnione od alkoholu czy narkotyków potrzebują środowiska,
w którym odnajdą podstawowe wartości, ukształtują zdrową postawę wobec
życia. Zadośćuczynienie i wdzięczność jest owocem zdrowienia, jest postawą,
w której wyraża się normalizowanie swoich stosunków z ludźmi i otaczającym
światem. Ile osób uzależnionych podejmuje to wyzwanie? Postawa roszczeniowa
wobec świata i próba podporządkowania sobie innych niejednokrotnie dzieli
alkoholików między sobą: "rogate" ego ciągle chce być na pierwszym
miejscu, bo inaczej czuje się gorsze i ostatnie. Tymczasem być dobrym
to uczestniczyć w Dobru: nie tylko podziwiać wartości, zachwycać się,
odkrywać je, mieć o nich wiedzę, ale zacząć je wprowadzać w życie, liczyć
się z nimi, podejmując kolejne decyzje. Nie skazywać się na niewolnictwo
od nastroju, ale być w Dobrym, a to wymaga ascezy, wysiłku, pokory, prawdy,
wyrzeczeń.
Uzależnienie powoduje niezdolność do przeżywania siebie jako całości.
Ludziom uzależnionym towarzyszy poczucie pustki wewnętrznej, stan niepewności,
wrażenie, że czegoś im brakuje. Częstokroć interesują się wspieraniem
samych siebie, pragną dopełnienia, marzą o szczęściu, ale nie mają ochoty
znosić cierpień związanych z rozwojem.
W alkoholizmie obecny jest pierwiastek magiczny, za sprawą którego dąży
się do kontroli i manipulacji - to jest codzienność alkoholika. Przeciwieństwem
magii jest duchowość, która przynosi uzdrowienie poprzez otwarcie się
na tajemnicę życia, na prawdę o nim. U alkoholika związek życia z duchowością
został rozerwany, dlatego ważną rolę w powrocie do zdrowia Anonimowych
Alkoholików pełni świadectwo trzeźwego życia, które pokazuje związek poszczególnych
aspektów życia z duchowością. Relacja o życiu ma moc świadectwa, kiedy
jest autentycznym przeżywaniem, a nie tylko mówieniem. Kiedy człowiek
przeżywa swoje życie, doświadcza wyzwolenia, pokory, wyrozumiałości, wdzięczności.
Opowiadając własną historię w prawdzie, zaczyna rozumieć siebie, czuje
własne rozdarcie, doświadcza siebie w słabości i mocy. Pierwiastek duchowy
to spoiwo łączące nasze życie w całość: oddzielenie jakiegokolwiek aspektu
własnego życia od duchowości musi się zakończyć fiaskiem, porażką, w przypadku
alkoholika - nawrotem choroby.
Kiedy człowiek pozwala, aby prawda o nim samym ujawniła się, doświadcza
swoistego wyzwolenia - kajdany uzależnienia opadają. Odzyskuje siebie,
staje się sobą, a przez wiele lat był rozbity wewnętrznie i napięcie rozdarcia
łagodził alkoholem. Duchowość można nazwać dostrzeżeniem "palca Bożego"
w naszym życiu. Wyzwolenie to powrót do domu, do miejsca dobroci, bezpieczeństwa.
Duchowość przejawia się w aktywności człowieka, w przekraczaniu własnego
egoizmu, egocentryzmu, jest odrywaniem się od przywiązania do samego siebie,
od wewnętrznej pustki wypełnianej różnymi wrażeniami. Jest wyjściem w
stronę Światła, Mocy, Dobra, aby im służyć, aby dawać im siebie. Aby dać
się nimi napełnić i rozświetlić swoje mroki. Może się to dokonywać w akcie
modlitwy, medytacji, ale także w wysiłku szukania prawdy o sobie. Duchowość
potrzebuje wiary w sens, wiara jest koniecznością, a nie luksusem. Brak
wiary lub słaba wiara to skazanie swego życia na słabość i kryzysy. Dlatego
ważne jest, w co człowiek wierzy: w siłę pieniądza, możliwości techniki,
pracę czy Boga. To źródło, w które wierzymy, określa siłę naszej wiary
i sens naszego życia: coś nie ma sensu, bo nie ma zakotwiczenia w źródle
stałym, nieprzemijającym, wiecznym, niepodlegającym koniunkturze i modzie.
Natomiast życie bez sensu boli, domaga się przekonstruowania, refleksji,
naprawy - to okazja, żeby się zatrzymać i poszukać prawdziwego sensu swojego
życia.
Człowiek, żyjąc bez sensu, coraz bardziej się dezintegruje, popada w chaos,
zagubienie, coraz silniej czuje potrzebę integracji, pragnie światła w
gęstej ciemności, zaczyna się dusić sam sobą, czuje się jak uwięziony
w za małym ubraniu. Jeśli podejmie to bolesne pragnienie, wówczas zacznie
dojrzewać do odpowiedzialności za swoje życie, z głupca trwoniącego je
stanie się mędrcem kontemplującym tajemnicę życia, do której może mieć
dostęp.
Kim jestem, jaki jestem, po co jestem, dlaczego jestem - to pytania o
tożsamość, szukanie odpowiedzi na swoje niepokoje. Żeby poznać siebie,
potrzebujemy partnera albo lustra: w czym się przeglądam - we wrażeniach,
gotówce, posiadanych dobrach? W zależności od tego, w jakiej perspektywie
umieścisz siebie, taki obraz zobaczysz: jeśli światło pada z boku, zobaczysz
swój profil, siebie we fragmencie, w zależności od siły światła kontur
będzie wyraźny lub zniekształcony. Kiedy światło pada z góry, nie ma cienia,
wszystko widać i ten cień nie jest ważny. Jeśli umieścisz swoje życie
w perspektywie posiadanych rzeczy materialnych, zobaczysz w sobie pychę,
władzę, przywiązanie, lęk, zazdrość, sprzeczności. Dopóki jesteśmy pod
wpływem wrażeń, emocji, podniet, pozostajemy na powierzchni życia, nie
dotykamy tajemnicy, nie mamy do niej dostępu.
Tajemnicę życia, jego wartość odkrywa się w ciszy, nierzadko na pustyni.
W pierwszym kroku alkoholik musi się przyznać, czyli stanąć w prawdzie
i nie jest to jednorazowy akt - przyznawać trzeba się nauczyć, to musi
stać się częścią postawy wobec życia. Wieloletnie zakłamywanie wyrabia
w alkoholikach zdolność uciekania od prawdy, od siebie, od życia. Przyznać
się to podejmować codziennie na nowo odpowiedzialność za swoje życie,
bez przerzucania jej na innych. Kiedy człowiek widzi tylko zrujnowane
życie, nie chce się przyznać przed sobą, że to jest jego dzieło, że ma
w tym udział, bo przyznać się to znaczy podjąć wysiłek i zmienić kierunek
swojego życia. Przyznać się, to zdać sobie sprawę z tego, że potrzebuję
pomocy, że mój pomysł na życie nie wystarczy. Przyznać się to zobaczyć,
że człowiek potrzebuje wyzwolenia z lęku przed samym sobą, ludźmi i światem.
Pierwszy krok domaga się drugiego - aktu wiary. Człowiek będzie gotów
się przyznać, kiedy uwierzy, że to go ocali, że w ten sposób zacznie żyć
godnie i widzieć swoje życie, jakim jest. Wiara to powierzyć siebie Bogu,
grupie i podjąć decyzję (w Trzecim Kroku), aby oddać swoje życie i wolę
pod Jego wpływ, zrezygnować z destrukcyjnego planu opartego na ślepym
ego.
Religia
a uzależnienie
Doświadczenie
religijne - doświadczenie wiary - jest niezwykle ważne dla zbudowania
motywacji do zdrowienia. Uzależnienie jest cierpieniem bezsensownym, zaś
proces zdrowienia dla osoby uzależnionej jest niewątpliwie także cierpieniem.
Powstaje pytanie, jak zdrowieć i udźwignąć cierpienie z tego wynikające
przy naturalnej tendencji do szukania dobrego samopoczucia. Trudno mówić
przy cierpieniu o dobrym samopoczuciu, niełatwo uzasadnić proces zdrowienia,
w którym trudno uniknąć cierpienia. Doświadczenie religijne ma tu ogromne
znaczenie, może pomóc je zrozumieć i pozytywnie przeformułować.
Niezwykłość uzależnienia polega na tym, że można mu się przeciwstawić
jedynie przez permanentny rozwój. To genialna choroba, która funduje człowiekowi
kryzys, a wyjście z niego to podjęcie rozwoju wewnętrznego, wejście na
drogę dojrzałości życiowej. Jeśli nie podejmie się tego rozwoju, uaktywnią
się wszystkie mechanizmy choroby, wysiłek rozwoju wewnętrznego stwarza
szansę na ich zatrzymanie. Ale to zatrzymanie daje chwilową ulgę, która
powoduje iluzję, że jest dobrze i chęć odpuszczenia sobie, nie pracowania
nad sobą. Samozadowolenie może okazać się pułapką: może prowadzić do chęci
wzięcia urlopu od swojego rozwoju.
Wiara wzywa do celu, do wprowadzania sensu, do skupienia się na tym, co
jest istotą życia. Wzywa do wysiłku, rozwoju wewnętrznego, do uczłowieczania
siebie - do transcendowania, czyli przekraczania swoich granic, swojej
beznadziei, bezradności, bezsiły. Na poziomie wiary jest możliwe wewnętrzne
uzdrowienie ludzkiej natury, jej przeobrażenie, podniesienie się z popiołu.
Bóg mówi do człowieka: "Zabieram ci twoją skamielinę bólu i daję
serce z ciała, żywe, empatyczne, wzajemne". Relacja z Bogiem osobowym
wyprowadza człowieka z labiryntu zagubienia, chaosu, dreptania w miejscu
wokół własnej rany. To On może zamienić ludzką ranę w perłę, "Moc
w słabości się doskonali", Bóg nie dobija człowieka, nie wyrzeka
się swojego dzieła, przychodzi i je ratuje, pochyla się nad każdym, mówi
"moje dziecko".
Skoro Bóg taki dobry, to dlaczego się Go boimy? Ponieważ Go nie znamy,
projektujemy na niego wszystkie nasze rany, przypisując mu swoje nieszczęścia.
Bóg w ludzkich umysłach to czasem cień obaw, smutków i zaniedbań, to bożek,
na którego przerzucamy naszą odpowiedzialność za życie. Cudownie mieć
ojca, matkę, nauczyciela, którym można przypisać winę za nasze nieszczęśliwe
życie, powiedzieć: "To przez Ciebie". Wtedy nie muszę brać za
nie odpowiedzialności, zmieniać swojej natury. Nie muszę dojrzewać, mogę
być w wieku 50 lat małym, zranionym dzieckiem, skoro inni zawalili i są
winni temu, co się ze mną dzieje. Nie ma ludzi, którzy nie dostali lekcji
od życia lub od innych ludzi. Bóg też dostał od człowieka policzek, posłał
swojego Syna, który przyniósł miłość, objawił ją, dawał ją za darmo. Został
za to odrzucony, tę miłość ukrzyżowano, wielokrotnie krzyżuje się miłość
w życiu człowieka.
Poczucie winy, poczucie krzywdy bywa przeżywane jako rana na ludzkiej
godności, brak szacunku do siebie, odarcie z poczucia, że się jest Osobą.
To poczucie, że się jest fragmentem, rzeczą, czymś zbędnym, istotą bez
miejsca, odrzuconą, potępioną. Potępiają i oskarżają nas nasze winy i
rany, które domagają się odwetu, odbierają nam wolność. Oddać, wypłacić
- ale przecież nigdy nie oddasz, a jeśli oddasz, staniesz się jak ten,
który skrzywdził. Psychologicznie często nie udaje się rozstać z traumą,
a Bóg daje miłosierdzie, wybaczenie. Nie jesteśmy stworzeni do kąsania,
bicia, do niewoli od własnego smutku.
Człowiek po zranieniach, który ma poczucie, że utracił godność, często
nie pozwala, aby rozwinęła się w nim miłość. Z żalu i rozpaczy czyni pomnik,
na swojej zranionej piersi wiesza kolejne ordery. Jest stęskniony miłości,
na którą nie musi zasługiwać, może ją po prostu otrzymać za darmo, ale
musi się otworzyć, przyznać, że cierpi na jej brak i uwierzyć, że może
ją dostać. Bóg zawsze daje miłość, czy człowiek tego chce, czy nie, ale
nie zawsze człowiek jest gotowy ją przyjąć, bo uważa, że nie zasłużył:
myśli, że najpierw musi stać się święty, doskonały. Miłość Boga nie zależy
od nas, ale od Niego samego. On nie potrzebuje naszych rekordów, chce
nam dać siebie darmo, ale to takie nieprawdopodobne w świecie zależności
i wymiany.
W modlitwie Ojcze nasz mówicie do Boga: "Chleba powszedniego daj
nam dzisiaj". Co jest tym chlebem dnia powszedniego, czego potrzebujemy,
aby nasycić swoje głody? Bóg mówi: "Proś o to, nie bądź głodny".
Największy talent człowieka to zdolność do miłości, kochania i bycia kochanym,
dlatego niespokojne jest serce, które szuka miłości i nigdy nie znajduje
jej tyle na tym świecie, żeby nie pragnąć więcej. Głód naszego serca prowadzi
nas ku Bogu - miłości nieskończonej.
Wśród ludzi uzależnionych nie brakuje także zranionych przez osoby, od
których oczekiwali tylko miłości i to w najlepszym wydaniu - czasem są
to rodzice, inne bliskie osoby, też kapłani. Te doświadczenia powodują
odrzucenie wraz z bólem zranionego serca całego dobrego dziedzictwa, systemu
wartości, wiary, religii. Czasami ci ludzie mówią: "Religia jest
do niczego, Kościół jest do niczego, mój dom był do niczego". Zamykają
się na wiele lat przed zapoczątkowanym tam życiem duchowym, w tunelu bez
wyjścia, który ich przeraża, ale też zamyka na innych ludzi, którzy chcą
im dać trochę światła. Zamrożenie fragmentu serca to czasem zamrożenie
całego życia. Tęsknota za miłością bezwarunkową to tęsknota za Bogiem,
On nie stawia takich warunków, jakie czasem stawiali nasi rodzice, nauczyciele,
wychowawcy.
Kiedyś starsze kobiety uczyły młode, jak gotować, jak opiekować się dziećmi,
tłumaczyły, na czym polega świat kobiecy. Kiedyś starsi mężczyźni uczyli
młodych, jak naprawić dach, wykarczować las, zdobyć serce kobiety. Mistrzowie
duchowi mieli swoich uczniów, których wprowadzali w tajemnicę życia. I
tak budowała się więź międzypokoleniowa, sztafety mądrości, kultury, wiary,
wspólnoty.
Wszyscy poszukujemy odpowiedzi na pytanie: kim jestem, dlaczego żyję i
umieram? Wszyscy jesteśmy w drodze i nie jesteśmy samowystarczalni. Życie
nie należy do nas, to my należymy do życia. Od chwili narodzin rozpoczynamy
wędrówkę, która powinna nas doprowadzić do stania się prawdziwymi osobami,
istotami samodzielnymi, potrafiącymi dokonywać wolnych wyborów, zdolnymi
poświecić się swoim ideałom. Dziś szukamy źródeł prawdziwego życia. Szczęśliwi
ci, którzy nie ustają w drodze.
ks.
Marcin Marsollek
źródło Świat Problemów
Dodaj jako ulubiony (29) | Zacytuj ten artykuł na swojej stronie | Drukuj | Email
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze. Proszę zaloguj się lub zarejestruj. Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 Polska adaptacja JoomlaPL.com Team AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com All right reserved |